Złota łuska



Zbigniew Żbikowski

"Jesteś moim wspólnikiem.
Łączy nas odwieczne przymierze.
Ja przyrzekłem ci dawać, ilekroć
mnie o coś poprosisz. Ty przyrzekłeś
prosić." (Neal Donald Walsch - Rozmowy z Bogiem)


Krzysztof Kropacki to trzydziestosześcioletni mężczyzna, który nadal zamieszkiwał ze swoimi rodzicami. Nie miał zbyt wiele szczęścia w swoim życiu. Od czasu, gdy wystąpił ze służby w policji minęło już pięć lat. W tym okresie doznał już wielu wzlotów i upadków. I to właśnie upadki bolały najbardziej. Każdy z nich wywierał na Krzysztofie bolesne piętno. Kilkakrotna utrata pracy, dobrego imienia... Rozstania z kobietami, z którymi próbował ułożyć swoje życie.
- Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni - zwykł mawiać sobie, gdy dostawał od losu kolejne cięgi.
Słowa te pomagały mu przetrwać najtrudniejsze chwile. A w istocie nie były to błahostki. Najpierw rozwód i przymusowe zerwanie kontaktu z ukochaną córką. Później pomówienia kierowane przez byłego teścia pod jego adresem, które spowodowały, że mógł zapomnieć o awansie w policji... Długi, które spłacał ponosząc ciężar zobowiązań zaciągniętych razem z żoną na kupno starego domu do remontu i wysokie alimenty... Wszystko to spowodowało, że wystąpił z policji, by spróbować swoich sił w gospodarce wolnorynkowej. Rzucił się na głęboką wodę i... Nic mu z tego dotychczas nie wyszło - zero efektów! Jego marzeniem było zbudowanie własnej firmy, która zapewni godny byt jemu i jego rodzinie. Pragnął stać się niezależnym od innych. Chciał sam stanowić o swoim losie. Jednak to tylko marzenie. Cały wysiłek szedł niczym para w gwizdek. Nikt nie chciał słyszeć o firmie marketingu sieciowego. Ludzie wyśmiewali się z tego pomysłu lub po prostu go ignorowali. Oskarżano Krzyśka o przynależność do sekty ekonomicznej i tym podobne. Powodowało to, że Krzysztof tuż po zrywie do pracy upadał w swym zapale. Zryw i wygaśnięcie... Zryw i wygaśnięcie... Zryw i wygaśnięcie... I tak toczyło się to latami. Wiedza, jaką zdobywał dzięki swojej działalności okazała się przydatna do tego, by zdobył dobrą posadę w firmie ochroniarskiej. Szybko tam awansował do stanowiska dyrektora i... Po dwóch latach stracił tą pracę, bo... Bo wyszło wreszcie na jaw, że w świetle prawa był przestępcą i mógł za to trafić do więzienia.
Tak, tak... Krzysztof Kropacki to pospolity przestępca, któremu sąd zarzucił, że występując z policji świadomie pogorszył swoją zdolność do ponoszenia nałożonych na niego obciążeń alimentacyjnych, przez co przez dziewięć miesięcy nie płacił alimentów. Wniosek o ściganie karne jego była żona złożyła za namową swojego ojca w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, a sprawa trafiła na wokandę dwa lata później, gdy Krzysztof swobodnie wywiązywał się już ze swoich zobowiązań. Temida nie rychliwa ale sprawiedliwa. Orzeczeniem sądu postępowanie wobec złoczyńcy warunkowo umorzono na okres lat dwóch. Pracodawca Krzysztofa został poinformowany o tym fakcie przez Centralny Rejestr Skazanych i wypowiedział mu kontrakt, którego wartość szacowana była na pół miliona złotych. Nikogo nie interesowało to, że w rozumieniu obowiązującego prawa nie był on karany. W ciągu jednej chwili wylądował na bruku bez środków do życia. Tak oto w trosce o dobro dziecka system pozbawił jego ojca źródła dochodu. Oto kraj, w którym przyszło Krzysztofowi żyć.
Jak co dzień rano zerwał się wcześnie z łóżka. Zrobił kilka pompek na podłodze w swoim pokoju. Zostało mu jeszcze kilka dobrych nawyków po aktywnym życiu policyjnego komandosa. Nie mógł się spodziewać tego, co czeka go dzisiejszego dnia.
Punktualnie od godzinie ósmej zadzwonił telefon. Odebrała mama Krzysztofa i natychmiast poprosiła go do telefonu.
- To do Ciebie - powiedziała, przekazując mu słuchawkę.
- Tak słucham? - Krzystof spodziewał się komornika, który już od kilku tygodni go prześladuje.
- Dzień dobry panu - powiedział nieznany mężczyzna. - Nazywam się Tadeusz Kołecki. Jestem adwokatem...
- Pewnie znowu coś wymyślił - Krzysztof pomyślał o swoim byłym teściu, który uczynił sobie rozrywkę z gnębienia swojego ex zięcia.
Teść Krzysztofa był oficerem dawnej służby bezpieczeństwa. Szczycił się tym, że przy pomocy klasycznych technik inwigilacyjnych potrafił doprowadzić do udanego samobójczego targnięcia się na życie dwóch ludzi, wobec których prowadził kiedyś postępowanie. Pewnego dnia przy alkoholu opowiedział o tym Krzysztofowi i historia ta zapadła mu głęboko w pamięci. Zagroził też mu wtedy, niby żartem, że gdyby skrzywdził jego córkę, to on mu tego nigdy nie podaruje. Tylko, czy Krzysztof skrzywdził swoją żonę, która zadała mu tyle ciosów, z których każdy mógł być dla niego zabójczy? Iluż to ludzi stoczyło się, gdy dowiedzieli się o swoim ukochanym partnerze tak straszliwych rzeczy, jakich dowiedział się Krzysztof? Ileż to razy można było dowiedzieć się z prasy, radia, telewizji o tym, że ktoś się zabił, bo dowiedział się o niewierności swojego partnera? Ileż razy ktoś inny w tym bólu krzywdził innych ludzi? Krzysztof kochał żonę, lecz pozwolił jej odejść.
Mężczyzna rozmawiający z Krzysztofem przez telefon kontynuował:
- Jak już wspomniałem jestem adwokatem obywatela Niemiec. Chcę pana zaprosić do swojego biura, by dokonać pewnych istotnych ustaleń w pewnej ważnej sprawie, która została mi powierzona, a o której nie chcę rozmawiać z panem przez telefon. Czy zechciałby pan przybyć do mojej kancelarii, powiedzmy... dziś o godzinie czternastej?
- Nie za bardzo rozumiem... - odparł Krzysztof zmieszany i zaniepokojony kołaczącymi się w jego głowie myślami.
- Pewnie to Hanka i jej nowy mąż... Wyszła przecież za Niemca i ma teraz pieniądze na ciąganie mnie po sądach, by mnie wykończyć do reszty - pomyślał.
- Wszystko panu wyjaśnię, lecz nie przez telefon. Koniecznym jest, byśmy się spotkali osobiście - możliwie jak najszybciej. Dlatego proszę o pańskie przybycie, panie Krzysztofie. Oczekuję pana dziś o drugiej w mojej kancelarii, która mieści się na ulicy Więziennej 14. Proszę o punktualne przybycie.
Stanowczy głos prawnika zaniepokoił Krzysztofa. Wiele razy doświadczył już szykan ze strony swojej byłej żony i jej ojca. Zachowywali się oni tak, jakby mieli cel w tym, by przycisnąć go do dna w taki sposób, by nie mógł się od niego odbić. Tylko jaki mogli mieć ku temu cel? Dlaczego gnębią go mimo tego, że dawno wszystko powinno się już uspokoić? Dlaczego zależy im na tym, by był nikim?
Matka Krzysztofa spostrzegła zaniepokojenie swojego syna.
- Kto to był? - zapytała.
- Adwokat jakiegoś Niemca. Myślę, że to trzeci mąż Hanki chce czegoś ode mnie. Mam dziś pójść do tego adwokata.
- Pójdziesz?
- Nie, nie pójdę.
- Idź synku. Jeżeli to jest coś złego, to przynajmniej poznasz tego oblicze. Będziesz wiedział, co się na ciebie szykuje. Idź, idź.
- Dobrze mamo, pójdę - uśmiechnął się do matki. - Zrobię to dla ciebie.
- Mamo, dlaczego jest tak, że jeżeli ma się pieniądze, to prawo zaczyna działać w naszym interesie, a jak ich nie mamy, to nikt nawet palcem nie kiwnie w naszej obronie? Choćbyśmy byli najbardziej niewinnymi w całym tym ambarasie, to prawo nas pognębi?


- Co jest?! - krzyknął zdziwiony Roland widząc, że karp którego wyciągnął z wody na haczyku miał przypięty do płetwy grzbietowej woreczek foliowy.
- Pewnie to jakieś badania - pomyślał ten niemiecki wędkarz.
Rozerwał folię i wydobył ze środka malutką buteleczkę - taką po olejku do pieczenia. Zauważył, że w środku jest jakaś kartka papieru. Rozłupał butelkę przy pomocy kamienia i wydobył zawartość.
- To pewnie jest po polsku - pomyślał, gdy zobaczył zawartość, którą było kilka linijek odręcznego pisma.
Zwinął kartkę i schował ją do kieszeni. Spojrzał na swój łup. Ryba, jak na karpia, była pokaźnych rozmiarów. Musiała żyć na wolności ładnych kilka lat, bo Roland na oko ocenił, że waży co najmniej pięć kilogramów.
- W co ja Ciebie wezmę? - powiedział do karpia. - Wiaderko mam za małe... A chciałbym, żebyś do domu trafił żywy. Pokażę Cię rodzinie i przyjaciołom.
- Nie mam wyjścia... Wezmę Cię do normalnej foliowej torby. Musisz przetrwać... - Nagle złapał się na tym, że znowu gada z rybą. Uśmiechnął się do siebie i zaczął zbierać sprzęt.
- No, na dziś koniec - powiedział i po spakowaniu się wsiadł do samochodu.

Drogę do domu pokonał w niecałą godzinę. Gdy tylko podjechał na podjazd swojej pięknej willi z domu wybiegła mała gromadka dzieci.
- Dziadku, dziadku! Jak dobrze, że już jesteś! Czekaliśmy na ciebie! - wołały przekrzykując się nawzajem.
- Hahahaha! - śmiał się Roland i wziął na ręce najmniejsze dziecko; czteroletnią Kristinę.
Twarz dziewczynki rozpromieniła się radosnym uśmiechem. Objęła jego masywną szyję swoimi drobniutkimi ramionkami i wtuliła się mocno w jego potężne ciało. Inne dzieci przylgnęły do niego tak mocno, że nie mogło być mowy o swobodnym przejściu od samochodu do domu.
- Już dobrze, zostawcie dziadka w spokoju! - powiedziała do dzieci stojąca w drzwiach domu Karla.
- Ależ babciu, my kochamy dziadka! - odpowiedział jej Rudi.
Roland śmiał się głośno. Gdy przypomniał sobie o swojej dzisiejszej zdobyczy powiedział do żony.
- Karla, kochanie, napuść wody do wanny. Mamy ciekawego gościa.
- Kto to jest dziadku? - podchwyciły temat dzieci.
- Jak mnie uwolnicie, to wam go przedstawię... Ale musicie mnie puścić.
Ciekawość wzięła górę nad pragnieniem bycia jak najbliżej ukochanego dziadka, więc dzieci pozwoliły mu podejść do auta i wyjąć czarny worek, który ruszał się niewiarygodnie.
- Co tam masz? - zapytał Rudi.
Dzieci aż pootwierały buzie ze zdumienia, gdy Roland podnosząc ruszający się worek powiedział:
- Mam tu zaczarowaną złotą rybę! Chodźcie, to wam ją pokażę.
- Co z wanną kochanie?! - zwrócił się do żony.
- Już ją napełniam! - odkrzyknęła mu Karla z łazienki.

Dzieci podniecone wiadomością, że ich dziadek złapał złotą rybę nie odstępowały Rolanda już na krok. Razem weszli do łazienki. Roland wypuścił ogromnego karpia do wanny.
- Ale ona jest wieeeeelka! - krzyknęła z podziwem Kristina, która wspinając się na palce z trudem zaglądała do wanny.
- Dziadku, ale ona nie jest złota - zauważył Karol.
- Oooo, nie kochani... To jest naprawdę zaczarowana złota ryba. Tylko się zamieniła za pomocą czarów w normalnego karpia. Jak wyciągałem ją z wody mieniła się blaskiem czystego złota - powiedział Roland do dzieci.
- Wooooow! - zawołały nieomal równocześnie dzieciaki.
- Tak, tak... Zobaczcie, że ma ona jedną złotą łuskę na grzbiecie - dotknął grzbietu ryby, by pokazać wnukom, że istotnie ryba ma złocistą łuskę.
- Czy ona spełnia życzenia? - zapytała malutka Kristina.
- Ooooo z pewnością... - uśmiechnął się do dzieci Roland.
- ...Na pewno spełnia życzenia tych, którzy uratują jej życie... Upsss! - ugryzł się w język, bo zrozumiał, że właśnie oddalił od siebie konsumpcję swojego łupu.
Liczył na to, że dzieci nie usłyszały tego, co przed chwilą powiedział... Jakże się mylił!
- To my także jej nie zabijemy! - krzyknęły zgodnym chórem dzieci.
- No i po karpiu w galarecie - powiedział sobie pod nosem.
Spojrzał błagalnym wzrokiem na stojącą w drzwiach łazienki Karlę. Kobieta uśmiechała się do niego i kiwając głową bezradnie rozłożyła ramiona. Dała w ten sposób znać mężowi, że w tej sprawie wyrok już zapadł i ona nic nie może na to poradzić.
- Nie bój się złota rybko! Nic ci się złego nie stanie - powiedziała do karpia czule malutka Kristina.
- Dziadku, ale skąd wiesz, że ona spełnia życzenia? - spytał Hans.
- Bo mam tu dowód - powiedział Roland klepiąc się po kieszeni na piersi, do której schował znaleziony przy rybie list.
- Co takiego masz dziadku? - mały Hans był dociekliwy.
- Mam tu list od kogoś, kto tej rybie uratował życie - zgadywał Roland, bo przecież nie znał treści listu.
Wyszedł z łazienki i poszedł do salonu, gdzie zastał swoich trzech synów i ich żony. Dziś przypadała 34 rocznica jego ślubu z Karlą. Przypomniał sobie o tym dopiero teraz, gdy zobaczył swoje ukochane dzieci.
- Witajcie - powiedział do obecnych.
- Cześć tato - odpowiedzieli mu wesoło.
- Co to za zdobycz przywiozłeś, że dzieci tak się nią fascynują? - zapytała Jolanda, żona Jurgena; najstarszego syna Rolanda i Karli.
- No, zdobycz jest imponująca! Ale całkiem niechcący właśnie przed chwilą uratowałem jej życie - odpowiedział spoglądając na żonę, która z uśmiechała się do niego serdecznie.
- Tak, wasz ojciec powiedział dzieciom, że ta wielka ryba jest złotą rybką z bajki... - powiedziała. - Powiedział im to i przekreślił sobie szansę na konsumpcję swojej zdobyczy. Klamka zapadła kochanie.
Wszyscy obecni w salonie szczerze się roześmiali. Roland bezradnie wzruszył ramionami, co wszystkim obecnym wydało się jeszcze bardziej zabawne. Ich ojciec, który był znany z tego, że potrafił wyjść z różnych opresji, tym razem został zapędzony w kozi róg dzięki swojej nieuwadze.
- Co teraz zrobisz tato? - pytali go synowie.
- No wypuszczę tą rybę... A co mi pozostało innego? W przyszłym tygodniu jadę nad wodę... To ją wypuszczę. Obejdę się smakiem.
- Napijesz się piwa tato? - zapytał Richard.
- Chętnie zaleję swoją gorycz.
Roland sięgnął do kieszeni, do której schował list.
- Wiecie, znalazłem przy tej rybie ten list. Nie potrafię go odczytać... On jest chyba napisany po polsku.
- Pokaż - powiedział Jurgen.
- Tak, rzeczywiście... To jest po polsku - powiedział Jurgen, gdy zobaczył kartkę, którą podał mu ojciec. - Ciekawe, co tu jest napisane?
- I ja jestem ciekawy - powiedział Roland. - Czy znamy kogoś, kto może nam to przetłumaczyć?
Wszyscy obecni w pokoju zamilkli. Słychać było tylko pojedyncze odgłosy rozmowy dzieci, które nadal były w łazience i przyglądały się rybie. Dyskutowały o tym, jakie życzenie powinno zostać spełnione w pierwszej kolejności. Dorośli zastanawiali się nad sposobem przełożenia treści listu na zrozumiały dla siebie język.
- Wiem, kto nam pomoże! - powiedział Johan; najmłodszy syn Rolanda.
- Mów - wyrwało się wszystkim obecnym.
- Kuntze, nasz listonosz często gości przecież rodzinę z Polski. Może on zna polski?
- No proszę... Faktycznie! Kiedy on będzie u nas?
- Jutro jest niedziela, tato. Myślę, że będzie tu w poniedziałek.
- Poczekamy więc do poniedziałku - autorytatywnie stwierdził Roland.
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami na potwierdzenie, że to najlepsze rozwiązanie. Rozpoczęli świętowanie jubileuszu.
- Ale wtopiłem z tą złotą rybą - szepnął żonie na ucho Roland, co spowodowało, że oboje się głośno roześmiali.

W poniedziałek zadzwonił dzwonek u drzwi domu. Karla podeszła szybko do drzwi i otworzyła je.
- Dzień dobry, pani Richter - powiedział listonosz.
- Dzień dobry, panie Kuntze! - odpowiedziała.
- Dziś będziemy mieli piękny dzień - powiedział Kuntze.
- O tak... Zaraz... Mój mąż ma do pana sprawę, panie Kuntze. Ma pan chwilkę? Zawołam go... Proszę wejść do środka - zaciągnęła listonosza nieomal siłą na fotel w salonie.
- Roland, kochanie, mamy gościa! - zawołała.
Chwilę póżniej do salonu wszedł Roland. Kuntze wstał z fotela. Zawsze czuł respekt przed tym szacownym mężczyzną, który zbudował od podstaw największą w regionie firmę.
- Dzień dobry, panie dyrektorze - wydukał siląc się na uśmiech.
- Witaj Helmut. Proszę usiądź... Napijesz się czegoś?
- Jestem na służbie - odpowiedział listonosz.
- No oczywiście... Nie śmiałbym Tobie proponować teraz alkoholu. Ale może kawę? Herbatę? Kakao?
- Jeżeli mogę poprosić o szklankę zwykłej wody niegazowanej.
- Oczywiście... Kochanie podasz nam wodę? Ja też się chętnie napiję. Ale bez gazu.
Roland spojrzał na listonosza i uśmiechnął się do niego.
- Helmut, ty masz rodzinę w Polsce, prawda?
- Tak, proszę pana.
- A znasz polski?
- Niestety, nie znam polskiego. Ale moja kuzynka jest Polką. Właśnie przyjechała do mnie na kilka dni.
- Doprawdy? To się świetnie składa, bo widzisz... - Roland wyciągnął z portfela list - ...chcę wiedzieć co tu jest napisane. Czy twoja kuzynka mogłaby to dla mnie przetłumaczyć?
- Myślę, że ona może to zrobić. Rozmawia ze mną po niemiecku, więc nie powinno być większych problemów panie dyrektorze. Na kiedy pan chce to mieć?
- Hmmm... Wiesz, zależy mi na tym, by to się stało możliwie szybko. Da radę?
- Dziś z nią porozmawiam.
- Wiesz Helmut, dam ci ten list. Jak twoja kuzynka go przetłumaczy, to mi go oddasz. Dobrze?
- Dobrze, panie dyrektorze. Zrobię co w mojej mocy, by to się stało jak najszybciej - odparł Kuntze wstając z fotela.

Następnego dnia listonosz znowu stanął przed drzwiami Richterów. Nacisnął dzwonek do drzwi.
- Ciekawe, dlaczego nie mają tu jakiegoś lokaja? Przecież on jest najbogatszym facetem w mieście - myślał oczekując na otwarcie drzwi.
Tym razem drzwi otworzył mu Roland.
- Witaj Helmut - powiedział do listonosza z promiennym uśmiechem.
- Dzień dobry, panie dyrektorze. Mam ten list, który mi pan wczoraj dał. Kuzynka go przetłumaczyła.
- Tak? To świetnie... Wejdziesz?
- Nie, nie... Mam dziś wiele pracy. Dziękuję - odparł Kuntze wręczając Rolandowi list i kartkę z tłumaczeniem.

Roland zasiadł wspólnie z żoną w salonie i przeczytał na glos przyniesiony przez listonosza tekst:
"Wrocław, dnia dwudziestego drugiego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia - czas pokoju i radości. Postanowiłem uwolnić ciebie rybko, bo chcę, żeby te święta były dla ciebie inne, niż dla innych ryb, które zjemy na wigilijnej wieczerzy. Mama będzie na mnie zła, ale zostały w wannie jeszcze dwa karpie. Wypuszczam właśnie ciebie, bo masz szczęście - wylosowałem, że wypuszczę właśnie ciebie. Pewnie twoja złota łuska ci pomogła. Wiesz, tak bym chciał, żebyś była złotą rybką, która może spełnić choć jedno życzenie. Poprosiłbym cię wówczas o pomoc w założeniu prosperującej firmy. Zyskałbym pracę ja i wielu ludzi, którzy by u mnie pracowali. Wiesz rybko, a może ty jednak jesteś zaczarowana? Jeżeli tak, to zapamiętaj moje imię i nazwisko proszę i spełnij moje życzenie. Pamiętaj! Nazywam się Krzysztof Kropacki. Mieszkam we Wrocławiu przy ulicy Obotryckiej czterdzieści pięć. Bądź szczęśliwa i nie daj się już złapać".
- Zobacz, kochanie, jakiego farta ma ta ryba - powiedział do żony. - ile to już lat?
- Cztery - odpowiedziała mu Carla.
- Cztery lata temu powinny były zostać z niego białe ości. Ten człowiek zapewne puścił go do Odry we Wrocławiu i w ten sposób karp trafił do Szprewy. A stamtąd jakimś cudem do Renu... Mimo zapór wodnych i czyhających nań niebezpieczeństw dotarł aż tutaj. To jest niesamowite wydarzenie. Warto by o tym napisać jakiś artykuł w prasie.
- Podpowiedz to Jurgenowi. Przecież jest redaktorem w naszej gazecie - powiedziała Carla.
- Tak, to z pewnością jest świetny materiał - pokiwał głową Roland.
Podszedł do telefonu i wykręcił numer redakcji, w której pracował jego syn. Szybko połączono go z Jurgenem.
- Co się stało tato?
- Mam dla ciebie temat, synu.
- Jaki?
- Temat na artykuł, który przyniesie ci nagrodę Pulitzera - powiedział.
- No powiesz mi wreszcie jaki to temat? - niecierpliwił się Jurgen.
- Napisz artykuł o złotej rybce. Takiej prawdziwej.
- Przetłumaczyłeś list?
- Tak. Wpadnij dziś do nas, to go sobie przeczytasz. Sensacja, mówię ci.
- W porządku, tato. Będę po pracy.

Wieczorem Jurgen przyjechał do domu rodziców. Zasiedli w salonie i zaczęli rozmawiać o tym, co im się przytrafiło.
- Widzisz synu, jaki to niezwykły przypadek? Ta ryba przepłynęła ponad tysiąc kilometrów, a miała skończyć na świątecznym stole gdzieś w Polsce już cztery lata temu. Masz więc temat na prawdziwą złotą rybkę - mówił Roland.
- Wiesz tato... Tak sobie myślę, że temat jest dobry, ale prawdziwa złota rybka spełnia życzenia. A ta tego nie potrafi.
- Skąd wiesz, że nie potrafi?
- No, a spełniła czyjeś życzenie? No... Może jedynie swoje życzenie o uratowanie swojego życia. To jej wychodzi całkiem nieźle - powiedział śmiejąc się Jurgen.
- Jeszcze raz cię pytam, skąd masz pewność, że ta ryba nie spełnia życzeń tych, którzy jej darowali życie? - zaparł się Roland.
- No dobrze... Nie mam takiej pewności - powiedział syn do ojca. - Ale to nadal nie zmienia faktu, że wypowiedziane życzenia się nie spełniają. Nie mogę powiedzieć, że chcę mieć wielki pałac i oczekiwać, że to się stanie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Ty nie możesz, bo nie złapałeś tej ryby. Nie możesz więc jej darować życia. A ja mogę - odparł Roland z uśmiechem.
- Więc co? Teraz ty, tato, wypuścisz tego karpia i wypowiesz zaklęcie? Czego sobie zażyczysz? Mercedesa? Przecież stać ciebie na to, by przed twoim domem zaparkowało kilkadziesiąt najdroższych samochodów. Wszyscy to wiedzą, tato. Nikt nie uwierzy, że stało się to dzięki magii zaklęcia pochodzącego od złotej rybki.
Roland wziął do ręki leżący na stole list i jeszcze raz go przeczytał.
- Ale gdyby spełniło się marzenie tego, który już tą rybę ocalił? Co ty na to, synu?
- Hmmm... To brzmi interesująco... Bo nawet, gdyby pomoc dla tego człowieka miała być skutkiem kaprysu milionera, którym bezsprzecznie jesteś, to i tak nosiło by to znamiona magicznego zbiegu zdarzeń, które w cudowny sposób odmieniły ludzki los.
Jurgen wyprostował się na siedzeniu i spojrzał podejrzliwie na ojca.
- Ale zrobił byś to?
- Pewnie, że tak. Jak się bawić, to się bawić. Przecież w końcu stać mnie na to! - powiedział Roland poważnym tonem.


Godzina druga po południu. Krzysztof otworzył drzwi do kancelarii adwokackiej. Wszedł do środka.
- Słucham pana, czym mogę służyć? - zapytała siedząca za dużym, eleganckim biurkiem kobieta.
- Jestem umówiony z mecenasem Kołeckim.
- Jak się pan nazywa?
- Krzysztof Kropacki.
Kobieta podniosła się z krzesła i wyszła do innego pomieszczenia. Chwilę później wróciła i oznajmiła Krzysztofowi:
- Pan mecenas oczekuje pana.
Mężczyzna wszedł do przestronnego biura z rzędami półek wypełnionych różnymi tomami książek. Były to kodeksy, komentarze i opracowania o tematyce prawnej. Meble w stylu antycznym trafnie podkreślały powagę tego pomieszczenia. Za dużym biurkiem stał przepastny fotel skórzany. Na tym fotelu siedział niepozorny mężczyzna w eleganckim granatowym garniturze z czerwoną muchą pod szyją. Okulary, zapewne w złotych oprawkach, miał założone na samym końcu nosa. Gość wyglądał niczym belfer, który znad dziennika przygląda się uważnie uczniowi, z którego próbuje wydobyć jakąkolwiek oznakę wiedzy o czymkolwiek.
Tak ten sędziwy mężczyzna przyglądał się właśnie Krzysztofowi. Krzysztof poczuł się nieswojo. Wiedział, że to nie wróży mu niczego dobrego. Po chwili adwokat wstał, wyszedł spoza biurka, podszedł do niego wyciągając swoją tęgą rękę.
- Witam pana, panie Krzysztofie. Cieszę się, że zgodził się pan do mnie przyjść. Dziękuję za punktualne przybycie.
- Dzień dobry - odpowiedział Krzysztof.
- Proszę usiąść. Napije się pan czegoś?
- Nie, dziękuję. Raczej wolałbym nie przedłużać tego spotkania. Chcę jak najszybciej uzyskać wyjaśnienie przyczyn tego niespodziewanego spotkania, panie mecenasie.
- Oczywiście, panie Krzysztofie... Oczywiście... - odparł mężczyzna siadając na powrót za swoim biurkiem.
- Postaram się pana nie zatrzymywać dłużej, niż jest to konieczne. Obiecuję - uśmiechnął się do Krzysztofa.
- Tak pewnie modliszka uśmiecha się do swojej ofiary, zanim zada jej ostatni cios - pomyślał Krzysztof.
Po chwili ciszy adwokat powiedział:
- Jak już wspomniałem w trakcie naszej telefonicznej rozmowy, jestem pełnomocnikiem obywatela Niemiec, który pragnie zachować anonimowość...
- A po co bawić się tu w wielkie tajemnice, mecenasie? Niech pan powie wprost, że reprezentuje pan Oskara Lampe, który jest mężem mojej byłej żony Hanny Rogal-Lampe... - powiedział wzburzony Krzysztof przerywając w ten sposób wystąpienie prawnika. - ...Proszę przestać się nade mną pastwić! Mam tego dosyć. Niech robi pan, co do niego należy... Kończ waść, wstydu oszczędź!
Adwokat zaniemówił na chwilkę, gdyż nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Zaskoczenie jednak szybko minęło. Powiedział więc do Krzysztofa:
- Mamy tu jakieś nieporozumienie, panie Kszysztofie. Proszę się uspokoić. Nie zwracam się do pana w imieniu osób, które był pan łaskaw przed chwilą wymienić. Choć istotnie sprawa, której się podjąłem z pewnością dotyczy pańskiej przeszłości i tego co pan kiedyś uczynił, to jednak nie ma związku z pańską minioną sytuacją rodzinną. Niech pan okaże troszeczkę cierpliwości, proszę, a wszystkie wątpliwości zostaną rozwiane.
- Czy jednak mogę zaproponować panu coś do wypicia? - spytał uśmiechając się tajemniczo.
- Dobrze, proszę mocną kawę - odparł Krzysztof.
Chwilę później sekretarka wniosła do gabinetu dwie kawy. Postawiła je na stoliku stojącym w kącie. Adwokat zaprosił swojego gościa do tego, by tam usiedli. Wziął ze sobą aktową teczkę i powiedział.
- Czy pamięta pan, coś szczególnego z dnia dwudziestego drugiego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku?
- Coś szczególnego z dnia dwudziestego drugiego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku? - zamyślił się Krzysztof.
- Proszę sobie przypomnieć, bo to jest bardzo ważne.
- Hmmm... No nic mi nie przychodzi do głowy, mecenasie.
- Proszę, panie Krzysztofie... Czy zrobił pan coś dziwnego? Coś nietypowego w tamtym dniu?
- Coś dziwnego...? Niech pomyślę... - skrył twarz w dłoniach.
- Pomogę panu - powiedział adwokat. - Ile potraw było na stole wigilijnym?
- No, z pewnością dwanaście...
- Tak? A nikt do pana nie miał żadnych uwag?
- Uwag?
- No, nie zbroił pan czegoś, co miało wpływ na ilość potraw wigilijnych?
- Zaraaaaz, zaraz... Przypominam sobie, że wypuściłem wtedy jednego karpia. Wykradłem go z wanny. Pomyślałem sobie, że w ten radosny czas, jakim jest okres świąt Bożego Narodzenia powinienem znać kogoś, kto ma prawdziwy powód do radości i świętowania. Zrobiłem losy i pociągnąłem. Byłem dla tej ryby niczym Piłat dla Jezusa i Barabasza. Tak jak jeden z nich został uwolniony, tak i ja uwolniłem tego karpia, któremu sprzyjał los... Mama była wtedy na mnie zła.
- Uhmmm... Jak więc panu wspomniałem, moim mocodawcą jest osoba, która pragnie zachować anonimowość. Osoba ta będzie panu znana jako "Złota Rybka".
- Hahaha! - Krzysztof roześmiał się szczerze - Panie mecenasie, tylko niech mi pan nie mówi, że reprezentuje pan świątecznego karpia.
Adwokat uniósł dwie ręce do góry, jakby chciał pokazać, że jest bezbronny i uśmiechając się powiedział:
- W pewnym sensie jestem pełnomocnikiem tej właśnie ryby, której darował pan życie, panie Krzysztofie.
- Mówi pan serio?
- Mówię jak najbardziej poważnie.
Krzysztof patrzał z niedowierzaniem na swojego rozmówcę. Zupełnie zapomniał o tym wydarzeniu. A tu proszę, taka niespodzianka.
- Czy pamięta pan, co pan zrobił z tą rybą?
- No tak, wypuściłem ją do Odry.
- Tak po prostu ją pan wrzucił do wody?
- Nie... Dla żartu napisałem list, który umocowałem... - zastanowił się głęboko.
- ...chyba w takiej małej buteleczce do jej płetwy na grzbiecie.
- Uhmmm... A co było w tym liście?
- Prośba o pracę... Nie! Prośba o pomoc w założeniu własnej firmy. Od dawna noszę się z pewnym pomysłem na działalność gospodarczą, ale nie mam żadnych środków, by to zrealizować.
- No, to umówmy się, panie Krzysztofie, że przedstawi mi pan ten pomysł, a ja przeprowadzę stosowne kroki, by pomóc panu we wprowadzeniu pańskiego zamysłu w życie. Mam wszelkie upoważnienia niezbędne do tego, by udzielić panu stosownego wsparcia. Warunek jest jednak taki, że wyjawi mi pan, na czym ów pomysł polega i dogłębnie mi go pan wyjaśni.
Krzysztof był zaskoczony tym, co go przed chwilą spotkało. Gdy wychodził z kancelarii mecenasa Kołeckiego nie mógł powstrzymać się od łez, bo zrozumiał, że oto nadeszło niespodziewane ukojenie jego bólu i obaw związanych z przyszłością. Spełnić się miały nadzieje, jakie pokładał w Opatrzności Bożej od wielu lat.


Minął rok od dnia, kiedy Roland wypuścił karpia do Renu. W świątecznej gazecie pojawił się artykuł Jurgena Richtera, pod tytułem: " Złota łuska". Była to opowieść niczym z bajki o złotej rybce. Głównym jej bohaterem był biedny człowiek z Polski, który darował pewnej królewskiej rybie życie. Wypowiedział przy tym życzenie, które w nieomal magiczny dla niego sposób po kilku latach się spełniło. Ów biedny mężczyzna stanął na czele dużej sieci firm, które zajmowały się handlem interaktywnym. Dzięki tym firmom wielu ludzi w Polsce, a nawet na świecie zaczynało wieść lepsze życie.
Roland jeszcze raz przeczytał ten artykuł i uśmiechnął się tajemniczo.
- Ciekawe gdzie teraz jest ta ryba - pomyślał o szczęściarze, której do płetwy przymocował pojemnik z listem o następującej treści:
"Nazywam się Roland Richter. Moja żona Carla i ja jesteśmy szczęśliwymi i zamożnymi ludźmi. Bóg obdarzył nas cudownymi dziećmi i wnukami. Tą drogą pragnę podziękować Bogu za wszystkie łaski i dobra jakim nas doświadczył. Proszę Ciebie, który czytasz te słowa, byś pomodlił się za nas i naszych bliskich, a rybę byś uwolnił, gdyż ma ona moc spełniania życzeń tym, którzy ją ocalą. Niech Cię Bóg błogosławi".




Powrót              Dwaj królowie