WYPRAWA


I

- Ojcze, czy jesteś pewien, że chcesz, abym to uczynił?
- Tak, Synku. Nie obawiaj się, bo przez cały czas będę przy Tobie. Miłość jaką żywię ku Tobie oraz ta, którą Ty mnie kochasz, tworzą więź, której nic i nikt nie zniszczy. Nawet śmierć wobec niej jest bezsilna.
- Może być trudno! Będę cierpiał?
- Z pewnością. Ale jak już mówiłem: możesz tam nie iść...
- Ale chcę, Ojcze. Bo Cię kocham. Choćbym miał zginąć, chcę być Twoim Synem, chcę być posłusznym, chcę Cię kochać.
- A więc szykuj się do drogi! Jestem z Ciebie dumny.
Ojciec łagodnie uśmiechnął się, mrużąc oczy, które nagle stały się szkliste i zaowocowały łzami. Położył ręce na ramionach Syna. Stanął dumnie wyprostowany, uniósł głowę i zaczął śpiewać z całego serca, dając upust swemu szczęściu, wychwalając miłość i odwagę Syna. Następnie padli sobie w ramiona i trwali tak płacząc.
-Będzie dobrze...
II
Tego dnia na niebie pojawiła się piękna tęcza. Ptaki latały wysoko, śpiewając o jej kolorach. Słońce światłem swoich promieni zalewało obficie całą okolicę: zielone wzgórza, skąpane w kwiatach łąki, szeleszczące drzewa muskane lekkim wiatrem. Deszcz był bardzo łagodny: tak, aby spadające krople nie łamały nawet najdelikatniejszych łodyżek. Dodawały natomiast blasku i powabu kwiatom, które kołysząc się lekko, wypinały się dumnie ku niebu i chwaliły się klejnotami kropel oraz barwnymi strojami płatków, w jakie ubrała je wiosna. Pod drzewem, na wzgórzu ujrzałem dwoje młodych ludzi: chłopiec grał na gitarze i śpiewał o swojej miłości a dziewczyna śmiała się i tańczyła.
III
Ogień w kominku spokojnie się tlił. W pokoju unosił się zapach palonego drewna. Słychać było strzelanie gałęzi pożeranych przez ogień. Przy ogniu siedział dziadek i popijał piwo. Obok niego kręcił się dorastający wnuczek i stale o coś dziadka pytał. A trzeba dodać, że dziadek znany był w okolicy z tego, że dużo przeżył i dużo wiedział. Nie miał ponoć sobie równych...
- Dziadku! Opowiedz mi dzisiaj o podziemnych ludziach... no... proszę Cię...
W owych czasach ludzie byli podzieleni na dwie, można by powiedzieć, rasy. Jedni żyli na powierzchni ziemi. Byli szlachetni. Żyli w harmonii ze sobą, że zwierzętami i z całym światem. Umieli cieszyć się życiem. Znali jego sens. Ich życie było jak soczysty owoc, pełne przygód: Kiedy się cieszyli, to z całego serca. Kiedy cierpieli, to również całymi sobą. Kiedy się kochali, to nikt i nic nie było w stanie im przeszkodzić. Kiedy walczyli, nie mieli sobie równych. Kiedy pracowali, to iskry leciały. Kiedy się bawili, to w sąsiedniej wsi było słychać. Kiedy odpoczywali, cały świat odpoczywał razem z nimi. Tacy to byli ludzie. Jednym słowem ludzie WOLNI! Nie znam teraz takich wielu...
Druga rasa to ludzie podziemia. Żyli jak zwierzęta. Byli żarłoczni, stale podzieleni między sobą. Byli rozwięźli. Wykorzystywali się nawzajem, dążąc każdy do własnego celu. Każdy dbał tylko o czubek własnego nosa, a drugiego miał za zagrożenie - i rzeczywiście tak było. Żywili się ludzkim mięsem (zabijali się nawzajem) a nieraz i odchodami - gdy byli zbyt leniwi aby polować. Wierzcie mi: odrażający widok! Być może, że lepiej by było, gdyby w ogóle się nie narodzili albo całkowicie wymarli. Ale stale istnieją... od paru tysięcy lat, jak mówią mędrcy. Skąd się wzięli? Nie wiem, ale mają podobno tych samych przodków, co ludzie z powierzchni. Dziadek nie opowiedział tego wszystkiego wnuczkowi, bo ów był jeszcze zbyt młody, aby tego słuchać. Zdradził mu jedynie, że kiedyś stoczył pojedynek z jednym takim, bo czasem któryś z nich wychodzi, aby grabić i zabijać.
- I co, zabiłeś go?
- Nie... tylko postraszyłem i przegnałem.
Mama chłopca właśnie przygotowywała posiłek i oczekiwała męża, który miał wrócić z pracy. Był znakomitym stolarzem. Robił wspaniałe meble. Prawdę mówiąc, jemu zawdzięczała tak pięknie urządzone mieszkanie. Rozległo się pukanie do drzwi. Chłopiec podskoczył:
- Tato idzie!
Małżonka poprawiła włosy i sukienkę i pobiegła otworzyć ukochanemu. Obdarzyli się pocałunkiem i zasiedli do kolacji. Wtem znowu rozległo się pukanie do drzwi. Oniemieli. Przecież nikogo nie oczekiwali. Mąż poszedł otworzyć. W drzwiach stał młody mężczyzna, w wieku około trzydziestu lat. Przystojny, można by rzec: piękny, o długich włosach. Wyglądał na wędrowca: miał ziszczone ubranie. Twarz miał spokojną, dostojną. Spojrzenie śmiałe, ale przyjazne. Stał wyprostowany.
- Pokój i dobro! Jestem ogrodnikiem. Podróżuję od kilku dni. Jestem zmęczony i głodny. Proszę, pomóżcie mi. Przenocujcie mnie i podzielcie się jedzeniem. Będę bardzo wdzięczny. W zamian mogę ofiarować nasiona, z których wyrosną piękne, czerwone róże.
Rodzina przy stole już się niecierpliwiłą. Otworzyli szeroko oczy, kiedy w drzwiach do kuchni stanął przybysz. Zaprosili do stołu...
Ogrodnik się przedstawił i rozmawiając posilali się.
- A dokąd idziesz? - zapytał chłopiec
- Idę do podziemi.
Dziadek znieruchomiał i nagle spoważniał.
- Ojciec Mój prosił, abym zaniósł tam nasiona. Żywi nadzieję, że da się uratować tych ludzi, że wyrośnie tam DRZEWO, które ich uratuje - jego owoce odmienią ich serca.

IV

- Ojcze, niech Duch Twojej nieskończonej miłości i dobroci wypełni moje serce, abym dokonał tego, do czego mnie wezwałeś!
Ogrodnik dotarł na miejsce, z którego miał wyruszyć na samo dno ziemi. Podniósł ręce i zawołał:
- Otwórz się, ziemio!
...i powstała w ziemi szczelina, która miała go zaprowadzić do krainy zła. Zaczął schodzić. Po drodze rozsypały się nasiona. Ogrodnik pokaleczył swoje ciało o ostre kamienie, po których schodził w ciemność. Z dołu dobiegał przeraźliwy wrzask oraz coś jakby bicie bębnów: złowrogi łoskot. Ludzie podziemi panicznie bali się światła. Stali i warcząc patrzyli w górę oczekując Ogrodnika. Kiedy wpadł w ich ręce, rozszarpali Go na strzępy. Zjedli jego ciało. Nie zauważyli jednak, że w ostatnim momencie z ręki
wypuścił nasienie, które zapadło głęboko w ziemię.

V

Przez szczelinę wpadały: światło i woda, potrzebne do wzrostu Drzewa.
Podziemni ludzie z powodu światła trzymali się od tego miejsca z daleka. Po pewnym czasie Drzewo wyrosło tak wysoko, że jego gałęzie rozłożyły się na powierzchni ziemi. Pewnego dnia mały podziemny chłopiec znalazł Drzewo. Zobaczył, że leżą pod nim owoce zdatne do jedzenia. Zjadł i zapragnął więcej. Zaczął się więc wspinać ku nowym owocom. Po drodze na urwiskach rosły kwiaty: między innymi piękne czerwone róże. Ich woń była dla niego rozkoszą. Łzy leciały z jego oczu. Cieszył się, że poznaje nowy, piękny świat. Jego serce rozpierała nadzieja, że może być szczęśliwy i WOLNY. Szedł więc dalej. W rozpadlinach skalnych gnieździły się gołębie. Nie wiem dokładnie, co stało się z nim potem. Wiem, że po konarach Drzewa wyszedł na powierzchnię i żył jak człowiek. Podobno ożenił się z piękną dziewczyną o czarnych, kręconych włosach... i mieli dużo dzieci.
Słyszałem też, że jego śladem poszli następni. Obecnie żyją również i są wolnymi ludźmi. Nie ma już dwóch rodzajów ludzkości - jest jeden.
A co do Ogrodnika, to po dziś dzień żyją ludzie, którzy utrzymują, że widzieli Go żywego po całej tej historii. Co więcej: spotykają się z Nim co niedzielę i On uprawia ich ogrody. Dziwne... nie umiem tego
wytłumaczyć...

VI

- Tato! Jesteś wielki. Miałeś rację! Ja żyję. - powiedział Syn i spojrzał w roześmianą twarz Ojca.


Grzegorz Urbański



Powrót              Wyprawa