zapach Anioła

wiatr niebieski
z lotu ptaka uniesie

każdy skrzydła ma
gdzie uniesie przeznaczenie

rozpostarte latawcem
poszybować słowem
bez ran

podmuch jeden wiatr
uwierz
prawo do szczęścia
pachnie aniołami





dla niej
szept modlitwą
ręce złożone
coś szepczesz
nie ma nikogo

jesteś sama
cztery ściany
krzywy obraz
klęczysz na skrawku papieru

skrzypią drzwi
ty coś szepczesz
do kogo
tam pusto
on w niebie





wizja

miałem wizję
choć nie jestem prorokiem
zobaczyłem odległą linię
wzrokiem podszedłem blisko
a tam stosy szeptów

serca ludzkie
bijące rytmy
kroplami krwi na cymbałkach
to nie marsz żałobny
tylko pieśń świerszcza
co za szafą grał pieśń o szczęściu

klękam nadstawiam usta
wdech wydech
reanimuję siebie
bij mocno i z radością
u innych
bo moje zależne od nich

bez wątpliwości
żyj dla innych
oddychając prochami przodków





jutro będę smutny

jutro będę smutny
lecz to jutro
dziś jest czekanie
co dzień widzę ułamkami sekund


smutek po cóż jest
ach nie martwić się o jutro
dla kogo wieje wiatr zimny i brudny
mgła okrywa przyszłość

słońce nie tylko zachodzi
jest dzień
nocą gwiazdy
szepczą że kiedyś
nie dziś

chciałbym mówić to co wieczór
od jutra będę smutny





czy jednak

jestem smugą mgły
jestem przelotnym faktem
i to powinno mnie trzymać
w zastanowieniu
każdej postaci w życiu
dać imię

toczę własne ego
moje ciało i zmysły
sen niosę zdeptanymi butami
jestem smugą mgły

bez pytania
długo czy krótko istnieję
żyć nazywając wszystko po imieniu





ludzkie obawy

zobaczyć wielokrotność
tego co ludzkie
dobre i nie rodzące obaw

sikorka skubiąca słoninę
dziobie swoją wolnością
trzepocząc skrzydłami we mgle

powiesiłem lustro i słoninę
chciałem zobaczyć dobro
i zatrzepotać wolnością

widok mnie przeraził
nie ma tego
co nie ograniczone

wszystko poza zasięgiem
mojej wyobraźni





pejzaż

życie jak pejzaż
dom bez okien
nie ma szyb jest niebo
drzwi dębem zastawione
nie ma zegara
kukułka kuka sekundami
dzięcioł wybija rytmy
mieszając składniki podstawowych barw
wychodzi nie tęcza
dzień codzienny
jak by opium wchłaniał
zapach wolności łechta
wzrok wędruje dalej
słońce nie oślepia
grzeje rozświetlając widoki
na byt ludzki





szukam cię w myślach

słowo jedno
zgrzeszyłem
niewiarą
w życie
chcę się wyspowiadać
oszukałem samego siebie
ręce buntują się
może bez znaku
krzyża powiem
wybacz
gdziekolwiek bez słowa
amen





mieć siebie


patrzę na niego
odbicie zniekształca
zamknięty kiedyś przed bogiem

przykryty aby nie widział
życia innego
umierał po omacku

teraz zapomina o byciu
ogarnia rozumem przyszłość
i zaczyna nawadniać organizm
duchem
powietrzem
bo ciało miał zawsze
nie miał siebie
mój
nie będę stawiał trzy kropek





ludzkie tafle

wykuwam molo
resztki lodu

chciałbym wejść głębiej
w głąb świata
zaczyna coś pękać

nasłuchuję trzasków
ból rozrywa bębenki
trzaska rzeczywistość

kra oderwana od teraźniejszości
zacząłem dryfować gdzieś
na horyzoncie

ludzie na taflach
a w sercu modlitwa
nie ocal lecz scal
by nigdy nie stopniały





cykanie umilkło

zamykasz usta milczeniem
nie godzi się

boli przepona od łkania
dreszcze odbite w oknie
łza szuka ujścia

nie ma chusteczek
upada na ziemię
czy podniesiesz

świerszcz umilkł za kominem
trzymając w ręku pigułkę
jeden ruch i zasypia

nie czekając na pocałunek
jak ptak w klatce
ćwierka z tęsknoty
czy obudzi świerszcza





tak żyję

horyzont zabity deskami
ściany nawilgły stęchlizną
dziwna miłość

popiół człowieka
a ty w oddali
uniesienia i namiętności
jak dzieci z bajki
i domek na kurzej łapce
ręce przyłożone do twarzy
dziwna przyjaźń

trzęsące się ręce
to już dorosłość
uwikłana w ognisko

w oczodole wyczekiwania
gdzieś
tak żyję
ogień i popiół
to czynisz…





moja postać
przekraczam mój ziemski byt
żegnajcie troski śmiertelne
miłość przez otchłań przefrunie
do ogrodu gdzie nie ma czasu

nie wszystko jest piekłem
zostawiając myśli
ku innemu już zmierzam światu
tam nie ma podziałów
i nie ma czasu

wszystko wbrew przeciwnościom trwa
serce wyjąłem
teraz w brudzie się maże
zostałem dawcą
nie ma dla mnie biorcy





krok w krok

krok w krok będę szedł
za Tobą, przed Tobą, tuż obok
nie zgubię Twego zapachu
szlak
gdzieś podążasz.
a Ty milcząca,
nie patrzysz,
nie słuchasz mych śladów,
mówię w próżnię,
lecz idę tak,
krok w krok,
za Tobą,
przed Tobą,
tuż obok,...
...czy mówiłem
nie ma Cię





wietrzna symfonia


na skrzypcach zagrał wiatr
romantyczny duch
grał tak cicho

tylko my usłyszeliśmy go
a później usiadł przy fortepianie
i zagrał to samo
no może trochę inaczej

ktoś przygrywał mu na flecie
stojąc za naszymi plecami
a gdzieś w dali słychać było
saksofonu ciche tony
i harmonię dało się usłyszeć

co to było co to za pieśń
dziś wiem
wietrzna symfonia
grana na naszej wyobraźni
dla Ciebie





zakochany wiatr

zakochany wietrze powiej
szukaj wśród gór i równin
nad wodami ochłoń
pomiędzy brzozami zatańcz
przytul wierzby przydrożne
zajrzyj do dziupli dzięcioła

na napotkanej fujarce pasterza zagraj
usłyszane słowa duszy
spragnionej dotyku szeptu
idź do niej

nocą i dniem
pełnią księżyca
otwórz drzwi
szepnij
nie karć huraganem



wyśniłem

wyśniłem sobie swoją śmierć
i widziałem jak stałaś nieruchoma
twa dłoń zastygła przy ustach

wyśniłem sobie nowe życie
i widziałem łzy płynące po twarzach
tych którym byłem obojętny

wyśniłem sobie nowy świat
i widziałem tam wszystkich bliskich
lecz ich twarze inne były

wyśniłem sobie piękny sen
i widziałem poodkładane słowa
po co te sny staję się głazem





siedzę klękając upadam
siedzę
wśród tylu smętnych twarzy
papierosowego dymu
otulającego wszystkich
jak smog nad miastem

siedzę
kieliszek już dawno pusty
ktoś się dosiadł
w moje ucho wlewa potok słów
odpycham jego dłoń z mego ramienia

siedzę
swój wzrok w brudny blat stołu wlepiam
wpatrzony w mały czarny punkcik
myśli w jedną stronę skierowane
jak niewolnicy tkwią wciąż w głowie

powstaję
chciałem skierować się do wyjścia
na kolana upadłem
zbyt wiele do stracenia
podaj dłoń
do ziemi tak blisko




zacieraj ślady
wzywam anioła mego
niech ślad mój zaciera na ziemi

dawne dni wszystkie odwoła
i pustkę uczyni w pamięci
szkoda lotu ptaka
co poszybował z posłaniem
usiadł na parapecie
i dostał kamieniem z mnie

już śladów nie będę czynił
cichutko wolno pomału
zacznę smakować ciszy
w cieniu przyćmionej szyby
krople zacznę rozpijać

by w tle nie było nic widać
i krok po kroczku pomału
zasnę gdzieś w bramach
tylko czy raju




milczącą krzywda

cisza jakże inna milcząca
szum wiatru już przycichł
szukam Cię w poezji
znalazłem w Leśmiana
ukryta żeś była wierszu "głuchoniema"
jest wieś i jest rzeka
rzeczy nie nazwane
mimo prób tak licznych
bo żem myślałem sobie
człowiek język nosi
nazwie co go boli
jednak żem się mylił
ludzie krzywdzą milcząc
choć są już dorośli
mam ciche marzenie
że rzeka przemówi
a wiatr coś tam wzniesie
dowiem się dlaczego
echo gdzieś zbłądziło
słów twoich nie niesie





uwolniłem anioła

coś się wydarzyło w podświadomości
poczułem ulgę

puścił uścisk dławiący
stałem się wolny od urojeń
od myśli obsesyjnej

już nie istotne
krata pękła
biały anioł wyfrunął
smak wolności
zapachniał ty co było


skruszony postanowieniem
ruszyłem
Pogoda Ducha w sercu
ojciec

na Twoje płótno patrzę
wizerunek z witrażem podziwiam

a Ty na krzyżu
ja cię powiesiłem
przepraszam

dziś przenoszę w bezpieczne miejsce
chociaż też krwawe
lecz innej barwy wiary
i świadomość że jesteś




za to że jesteście

stopy stawiałem bez obaw
boś zmartwychwstał
duszę uspokoiłem
wchodząc na górę
o nazwie bliscy

zdobyłem szczyt
a wy stawialiście
kroki ze mną
przy mnie
w nadziej

nie upadłem
byliście blisko
a i on ze mną
Ojciec





jak ślepcy

jak ślepcy
po przeciwnej stronie
tego co drogą ludzkie

głusi w milczeniu
zamknięci byli na słowa
stanęli naprzeciw

nad ramieniem zaświeciła ona
nadzieja-nie matka głupich
ich oddech
powiedział wszystko

uczą się widzieć
szukają słów
odkrywając siebie





kiedy

kiedy zmęczony usiądę
oprę brodę na rękach
popatrzę na ogród majowy
otworzę okno
zobaczę bez liku anioły
scalę myślą
zobaczę twarz jedną
spokój
dusza bez utrapienia
zostanie
zasnę obok anioła
amen





pudełko zapałek

pudełko zapałek
czterdzieści dziewięć łebków
plus minus kilka żyć
tak szybko gasnąca iskierka
drewniane patyki
szybko jeden po drugim
ogień trawi
palce parzą
nie puszczę
biegnę do lasu
nie zabraknie paciorków
chęci życia




zapach tęsknoty

otwieram oczy
dreszcz ogarnia ciało
świat zawirował
boję się podnieść
wspomnienia trwają
niesamowite
tęsknota pachnie
pragnieniem
tego co dobre
doskonałe
z nadzieją





stary dąb

tysiąc letni dąb
samosiewem wyrósł
i tak przez wieki
na pniu
historia pisała się świata
samotny
polana przykryta czasem
konary rozpostarte
cień półmrok
wiatr rozchyla listowia
księżyc i słońce
piszą nową historię
nie świata
lasu całego
życia
ich życia
na kolejne tysiąclecia





walcz wytrwasz

Nie wie gdzie jest,
jak ma wróci,
gdzieś tam ulica dom,
współczesna Jagna,
brak Boryny do tańca,
rzucają kamieniem,
pod sztachetą od płotu schowana,
prośba o przebaczenie,
do nich dzieci ludzi,
schowana we własne ciuchy,
światło razi,
podeszła starsza Pani,
chyba od Boga dla niej przysłana,
trzymaj się dziecko,
walcz a wytrwasz,
zadziałało jak balsam,
żyję





ile kosztuje gest
ile kosztuje kwiat
co tej Pani Pan dał

jaka cena uśmiechu
człowieka zagubionego
ile zapłacić trzeba za gest czuły
za serca pieśń

dotyk ręki dziecka
uśmiech dotknięcie policzka
dorosłym słowo dobre
inne miłe

ile kosztuje życie
co szybko płynie

sens istnienia
co łaska
jeden czuły gest
brak monet
nie oznacza nędzy





drzewa mają zapach

stanąłeś pod akacją
żebrzesz o jej zapach
o aromat dzieciństwa.
brak, wycieli z korzeniami.

nozdrza bolą od wchłaniania
płuca nabrzmiałe stęchlizną
gdzie jesteś matko naturo
zabrali wkładając tampon w otwór

przesiąknięty substancjami zła
wkładasz filtr i maskę "pegaz"
drzewa też mają zapach
nie tylko szubienicy i zła, żyj





rozmowa z synem

proszę opowiedz mi o tym...
usiadł na parapecie.
patrząc przez zaparowane okno.

pytasz o życie w gwiazdach?
co stąpaniu po ziemi bosą nogą?
czy też o rozmowach wieczornych z Bogiem?

wiesz synu
wszechświat i gwiazdy otulam marzeniem.
bo ty ja jesteśmy cząstką odkrywaną na nowo.
dotykać niemożliwego pozwala mi iść.

przez życie idziemy nie boso,
lecz uzbrojeni w oręż zabijania,
ze szkodliwością dla siebie.
bo dobro wydobywać to odwaga,
a zbroję zakładać jest śmiercią za życia.

pytasz o Boga?
pan jest moją wyobraźnią.
rozbraja z tego co wyżej.
szukam go w człowieku,
bo On go stworzył.

proszę!
zejdź przetrzyj szybę.
idź dotknij,
tego co każdy nazywa inaczej
życiem.




dłonie pragnień

dłonie wysunięte w geście, oczekiwaniu
usiadł ptak, szala wspomnień zadrżała
ułożone zdaję się równo, z tym, co jest
pewność ręki, że utrzyma to, co dostanie

nie boją się nagości tego co był
ręce jak książka, wyryte bruzdy głębokie
dłonie, po nich spływa teraźniejszość
skórą przesiąkniętą tym, co było

mimo że się trzęsą, niezgrabnie trzymają życie
złapią każdą dobrą rzecz, miłość, serce
drugiego człowieka przytulą zagarną
choć poranione ciągle pragną…




drzewa mają zapach

stanąłeś pod akacją
żebrzesz o jej zapach
o aromat dzieciństwa.
brak, wycieli z korzeniami.

nozdrza bolą od wchłaniania
płuca nabrzmiałe stęchlizną
gdzie jesteś matko naturo
zabrali wkładając tampon w otwór

przesiąknięty substancjami zła
wkładasz filtr i maskę "pegaz"
drzewa też mają zapach
nie tylko szubienicy i zła, żyj





zły dotyk

przychodzę z daleka, z leku zrodzony
przepełnia mnie strach
czy mogę zostać z Tobą
nie zostawiaj mnie z oddechem

złość pokazywałem uśmiechem
łzy spływały do wnętrza, było pusto
gorący prąd szukał ujścia ustami
gardłem lub żołądkiem gdzieś uchodził

naczynie wypełnione po brzegi zmartwieniami
tęsknota za człowiekiem, co nie ocenia
zabrakło odwagi by spojrzeć komukolwiek w oczy
strach przed zbliżeniem zamieniłem w milczenie

dłonie, które pragnęły dotyku
zamienione w sztywne, zimne żelazne obcęgi
skóra stęskniona za dotykiem wbrew sobie
zaczęła unikać wszelkiej czułości

zwątpienie odgrodziło mnie od świata
niczym czarny mur sięgający dna
katowałem siebie, znęcałem się nad ego
boleśnie, z winą za własne przygnębienie

dzień za dniem, lata całe w poniżeniu
karałem siebie, skazywałem na piekło…
za tamto, co było gdzieś kiedyś
w pamięci wyryte w bruzdach zaległo

odbyłem wielką podróż w głąb siebie
nie wiem jednak, czy posunąłem się
choćby o mały krok naprzód
ich już nie ma, zły dotyk pozostał





pręgi

wiara jest jak schody w ciemnym korytarzu
czy zobaczę stopnie po których stąpam
idę jak obłąkany, cisza. Uderzam głową
upadam, stacja, moja stacja, udręka

przewodnik co prowadził, też upadł
myśli rozbiegane w mroku, klatka schodowa
otwieram oczy, półmrok normalności
czy jeden może zniszczyć wszystko

nie dając prawa, zagubiony w labiryncie
opluwam przeszłość, zmywam skojarzenia
dlaczego wiara taka mglista, kręta
idę trzymając się ściany, chwyciłem balustradę

brudna, oblepiona ludzkim jadem
śliną staram się wytrzeć do czerwoności
niech nie krwawi serce otępione
stopień po stopniu, krok za krokiem, żyję





oddech

uchylam okno-wpadło
miało być świeże i rześkie
wleciało stęchłe morowe
rozrywające nozdrza i serce

powinno być oczyszczone
takie dla nosa miłe
płuca dotlenić napełnić
równo miarowo i w pełni

tlenu, substancji z pierwiastkami
w równych proporcjach rozkładanych
tylko tego pragnę na dziś
wolności w płucach by żyć





szukam rąk

szukam rąk ,ciepłych przyjaznych
jakże innych od złego dotyku
światło w latarni się skryło
nie ogrzeje policzka , dłoni

półmrok okala horyzont
krople rytmicznie wybijają hymn
zadają ból, maska naciągnięta uwiera
ile można żyć w przeszłości

tak niewiele potrzeba, ukołysz
pod most już nie będę się chował
przemilczę tamte dni
w poszukiwaniu ciepła dotyku

pochodnię chwycę teraźniejszością
stanę po drugiej stronie jutra
zobaczę przyszłość, stanę na statule wolności
odśpiewując, nadal jestem dzieckiem tylko, że dorosłym





czy Bóg jest niemy

czy Bóg jest niemy
wytłumiłem odgłosy w sobie
serce posiada ukryte zakątki
gdzież mam szukać echa

mowa ziemi i drzew przycichła
taka obca i inna się stała
czy można określić smutek
gdy jego głosu nie ma

zwężenie życia, walka duchów
drobiazgi , że pozornie i płytko
smutek taki dziwny ,płomienny,
wypłynął z zadumy tęsknoty umysłu

samotność od kołyski, nasłuchuję
życie stało się suche
nie ma pytania, czy przemówi
lecz kiedy go usłyszę



pytam powstając

mówią , przestań pytać
dokąd doprowadzą cię słowa
a ja uparcie jak cieknący kran
nieustannym, metalicznym dźwiękiem drążę

pytam i zarazem poszukuję
siebie odkrywam spod popiołów
powstaję za pomocą ludzi
bo oni znają odpowiedzi, nie ja

człowiek drogowskazem, tęczą kolorów
drogą zarazem, wyboistą, krętą
popełnia błędy, upada chroniąc
nie ma proroków los ludzie piszą

tysiące znaków zapytania
od kołyski po grób majowy
odejdę pytając innych
czy na pewno słowo amen to koniec





do matki

niebo jest tak wysoko
wspinam się w wyobraźni
poczuć choć by pył
i ciebie matko

odleciałaś z porywem myśli
tęsknotę ułożyłem na półce
szeleścisz czasem w nocy
pobudzasz miłość do siebie

wiesz czasem zapłacze przytulę
wtedy to stroję dom naszych marzeń
stół nakrywam obrusem białym
tęsknota i miłość jest daniem

tobie już nie biją zegary
odmierzam czas do spotkania
tam gdzie dziś nie dosięgam
kiedyś u twego boku odpocznę





opowiem ci o deszczu

opowiem ci o deszczu
co kroplami wybija rytm
tworząc tajemniczą otoczkę
tego co przemija w czasie

wielkość łez lanych z nieba
uzależniona od humoru
nie tego co u góry
lecz od istnienia, jaj w duszy

nawadnia świat, ludzkie potrzeby
nie zawsze pragnienia , mieszane z oczekiwaniami
potrafi zalać ego samotności
i przynieść z kroplami nadzieję

nie unikaj tego co dobre
kiedy uderza w parapet
jedna przezroczysta kropla
uczyni tylko to na co pozwolimy naszej wyobraźni





dziwny czas


zakochany w zapachu świerku
ukołysany aromatem świec
pochłania krzątaninę wzrokiem
delektując się magią świąt

czar i urok tych kalendarzowych dni
podkreśla uśmiech zabieganych przechodniów
niosących podarunki bliskim
by położyć pod jodłę, jak Trzej Królowie

cały zaśnieżony z sercem na dłoni
przysiądzie wśród kolęd radosnych
zanuci Panu pastorałkę cudną
prosząc o codzienność tych dni





krople deszczu

nie chciał łez
zamknął szklane drzwi
zobaczył drzewo zasadzone
chłopiec stał, padało

nazwał po imieniu rzecz
zaczęło rosnąć to zasiane
tak bardzo zraniony
nie zauważył, że pada

istota z deszczu, dziecko
czeka, aż zasłoni
jego obraz wspomnień
krople zasłaniają oczy




twój sen
nie czytaj snów
wyobraźnią pójdziesz w przyszłość
jak statek w kierunku latarni
dotrzesz do przystani

kwiaty zaśpiewają nocą
spokojnie zamknij powieki
kolory dobra zobacz
otul się mgłą wieczorną

co życie ma ci dać
nie znajdziesz tego w snach
dzień, to twoje przeznaczenie
na jawie, uśmiech rozdawaj





oderwanie
jego na świadka biorę
że nie potrzebny mi kler i totem
wiara jedna mnie trzyma przy życiu
szacunek do ludzi pozwala oddychać

na co mi bożków gromady tysiące
jeden przecież Stwórca
tego jestem pewien
strażnik wiary mojej

z miłości do ludzi rozliczał mnie będzie
a nie ile to razy na tacę żem łożył
miłość, nadzieja ,a wiara na końcu
bo Pan umiłował zdrajców swego życia

więc czuję szacunek i miłość do bliźnich
bo zdradzić mnie mogą w akcie desperacji
Panie Boże prowadź
abym kochał ludzi





zamilkł zegar

zamilkł zegar, dzień przestał istnieć
na twarzy grymas, zdziwienie
to tylko dziecko niewinne
ubiór nie usprawiedliwia niczego

pochmurne dni, bez radości
szukało, niewinne wytłumaczeń
czego chciały ręce
jego autorytetu, w czerń ubranego

szuka wzrokiem słońca
nie pyta czy istnieje
sprawiedliwość zza krzyża
gdzie przysięgi o czystości

oczekuje wybawienia
w pamięć wbity kolec
przekłada kartki życiorysu
nie jedyne, tych dzieci tysiące
czyste słowa

przydrożna figurka
dziecko przystanęło
popatrzyło w oczy Jezusowi
stary wędrowiec przykucnął obok

zapytało przybysza
czy wiesz dziadku że
lubię swoją głowę
bo mogę przechowywać swe marzenia

kocham swoje serce
bo tam chowam miłość
lubię swoje ręce
bo mogę dotykać człowieka

a oczy mam po to
aby patrzeć na dobro
dziadku kim jesteś
dlaczego płaczesz
Tobą dziecko sześćdziesiąt lat później





tęsknota świerszcza

świerszcz,
zamknięty w pudełku zapałek,
zagrał na strunach,
puszczając bańkę mydlaną.

tęsknił za jesiennym kominkiem,
zapachem sosnowego polana,
tykaniem zegara na wieży,
kiedy trębacz grał z tęsknotą.

opuszczony dom,
drzwi skrzypią rytmem,
struny zardzewiały,
palenisko, popiół, zimno.

odeszli na polowanie,
pudełko rozmokło,
skoczył w dal,
szukając nowego kominka.

bezruch
zamieniony w rytm
wybija czas odejścia

dłuto rzeźbiarza zastygło
z ręką gotową do ruchu
a zostało mu tylko
wyryć serce

nic wielkiego
a jedna





ukołysz

ukołysz
ukrywam ruchy warg
czy to wstyd

szeptem, cichutko
szum traw.

słowa pieszczę
modlitwa potokiem
obawa że wyschnie

Jezu,
ukołysz





wietrzna symfonia

na skrzypcach zagrał wiatr
romantyczny duch
grał tak cicho

odłożył struny,
usiadł przy fortepianie
zagrał
trochę inne powiew

ktoś przygrywał mu na flecie
stojąc za naszymi plecami
gdzieś w dali było słychać
saksofonu ciche tony

co to było co to za pieśń
dziś wiem
wietrzna symfonia
grana na naszej wyobraźni
ludziom serc wielkich





jestem smugą mgły

jestem przelotnym faktem
i to powinno mnie trzymać
w zastanowieniu

każdej postaci w życiu
dać imię

toczę własne ego
moje ciało i zmysły
sen niosę
istnienie zdeptane butami
jestem smugą mgły

bez pytania
długo czy krótko istnieję
chcę żyć
nazywając wszystko po imieniu

szare ściany

próbuję wyjść
pokoju szary
to nie możliwe
tkwi

zatrzaśnięty w umyśle
podświadomości
nie oliwione
skrzypią

bordowa róża
uschła
zwisa na karniszu
wspomnień

dlaczego
to zrobiłeś
zamknąłeś
czterech ścianach





kartki
szelest półkul
wysiłek
nic nie napisane

głowa
strony białe
łopoczą w przeciągu
brak atramentu

w głębi
urojona wyobraźnia
połączona
z utopią

życie
sztorm
jak wypełnić
strony Biblii

jutro jest bez błędów

jutro jest bez błędów
papier na wyczerpaniu
suchy kałamarz
tik tak
starego zegara

dziś jak wczoraj
jutro inne
głęboki oddech
gratis

uśmiech
wchodzisz w kolejny dzień
bez obaw
jabłoń zakwitnie
rosa poranna
nawodni
twoje życie





dla znajomej
Anno
usta
zakute w słowa
milczenie
okryte westchnieniem
ślady bliskich
zakurzone wspomnieniami
w tym gdzieś
człowiek

drepcze cichutko teraźniejszością
bojąc się
krzyża upadłego
legła w gruzach
dobroć

obudziła się tęsknota
usta zakneblowane
sylaby człowieczeństwa
została nadzieja
na spotkanie
tam
gdzie on
ich ukochał

nieśmiertelność


cienka nić życia
delikatna jak przędza

wplatam przyjaźń
staje się oddechem

przetykam miłością
powstaje sens
dodaję Boga
stworzyłem swoją
nieśmiertelność





silny świat

zalany świat
męskość
nie wystarczy
być silnym

łzy wysuszą
obraz
kroczącego człowieka
z szablą
wystrzępione ostrze

upadają
ci co nie walczą
zwycięscy
bez broni
lecz nie bezbronni





stęchły znak zapytania

poczułem zapach
stęchłego tytoniu
myśli popłynęły
w otchłań

pukanie fajką
o stół
zgrozo
trzasnęły drzwi

odszedłeś
bez słowa
zostawiając w niepewności
ojcze

czy już na zawsze
Zbyt wiele znaków
nie zawsze zapytania



imię Jego

w Imię Ojca
niechaj będzie
pochwalony ten co jest

powieszony za duszę prawdy
czy dla mnie miał żyć
odejść zdążymy wszyscy

przybity do ciała mego
noszony przeze mnie wszędzie
akceptacja udręki krzyża

idę w imię choć nie znam
upaść tyko po to aby powstał
na wieki
żyję





nocą i dniem

zakochany wietrze
powiej
pomiędzy brzozami
zatańcz
przytul wierzby przydrożne
zajrzyj
do dziupli dzięcioła

na fujarce pasterza zagraj
usłyszane słowa duszy
spragnionej dotyku
idź do niej

nocą i dniem
pełnią księżyca
otwieraj drzwi
okiennice
szepnij
jestem blisko

nie karć huraganem





powietrze

masz swoje powietrze
zachłannie napełniasz płuca
bez pytania
czuć stęchliznę

odległość, tysiąc słów
ciasno
przyciągasz
zgniłym oddechem

maska na obliczu
nie dajesz odpocząć
stawiają granice
kradniesz
ich dzieciństwo





taniec

taniec
wyrażać ruchem słowa
delikatnie
krokami pisać litery

subtelnie
prowadzić uczucia
dyskretnie
emocje wyrażać

ciałem
balansować na granicy erotyzmu
wewnętrznie
stać się wolnym
tańcząc





gdzieś tam

roki, bruk
poryw uczuć
rozmowa przeistoczona w obraz
obok
namacalna istota

bliźni gdzieś tam

trzask wrót
tupot ciężkiego oddechu
pusto
ulotne słowa

poszukiwanie nie rzeczy
lecz człowieka
z szufladami nalepek
na czole
żyj i daj żyć…innym





jego życiorys

czytam jego życiorys
tam wszystko opisane
bicie, krzyki i zły dotyk
zasmucona litera na końcu

szukał ujścia z piekła
znalazł w dziwnej cieczy
złudne były myśli
jakoś się wyleczy

pióro wziął do ręki
pisał dnie i noce
kiedy skończył ukląkł
łkanie, szloch na kartce

widzę jego pismo
jak życie pochyłe
coś ze sobą zrobił
to niesamowite





nie czekaj

długopis
znaleziony w szufladzie
wysechł
nie pisał dawno

papeteria
kratka wyblakła
białe tło pożółkło
marskość, przypadłość

nie zaprzestawaj wysyłać
informację o życiu
sobie
na adres przyjaciół.

biorąc kartkę
wizerunek żywy
oby nie za późno
dotarła wiadomość
żyję dla was
zobaczyć




oko
szuka punktu zaczepienia
idą ludzie
twarze puste

lustruje
sylwetki przechodniów
schylone po władzę
biegną do...

znaki
same niewiadome
iksy, igreki, wielokropki
poznać zamienniki

nadzieja
dostrzegać ludzkie ja
bez względu
na jakość przekazu.




świt

kąpać się
w porannej rosie
chłodnego wschodu
kolejnego świtu

napełniać
otwarte usta
mgłą jakże mleczną
spływającą w serce

bez obaw
witać dzień
orzeźwiony
z zapasem świeżej wyobraźni





wszystko ma sens


krzyż połamany
droga jego
rozsiana wiekami

Chrystus polnej ścieżki
pozostawione brzozowe ślady
okalające chabrami
jakby obcy
poznaję

kwitną maki
dukt leśny magią wiary
wykonał człowiek prosty

tylko dotknąć
czegoś kogoś
wszystko ma sens





natura

drzwi
ścieżka prosta
las
pierwszy krok

obawa
trzask
szelest gdzieś tam
jak by kroki
nie ludzkie

przełamać
barierę leku
zobaczyć słońce
usiąść, łapiąc oddech

matko naturo
zabierz
zwidy, demony
przeszłości





cisza

cisza
jak że inna
szelest
dusza oddycha

kroki
idzie On
oczekiwany
umysł otwarty

ucichło
zniecierpliwienie narasta
czy warto
czekać na oczywiste

daleko
aby dotarło
przesłanie Jego
połącz wszystko w jedno





nie pozwoli

liść
upadł w nurt
nie zabrał
piękna jesieni
ręka
zły gest
nie zabierze
dzieciństwa, uśmiechu
kropla
upadła na glebę
nie pozwoli
wyschnąć łzom i ziemi
nogi
krok za krokiem
nie zaniosą
tam gdzie dusza tęskni
wiatr
zaniesie posłanie
nie pozwoli
aby pozostało bez echa


odeszli aby trwa
pukanie
szukam miejsca
wydobywania dźwięku
jakże charakterystycznego

bliscy
dopominają się
choć jednej chwili
w teraźniejszości

groby
pośmiertne lokum
miejsce zadumy
odbicie mego potem

bez znaków
pochylam głowę
wy to ja
dla przyszłych pokoleń





sto jeden milczeń

sto jeden milczeń
dzieci skulone
oddech ciężki
zimno

dusze rozerwane
dojrzały błyskawicznie
jak Titanic
posiwiały szybko

złym dotykiem karmieni
w przekonaniu winy
żyją na granicy
krzyczą upodleni

jak armia gotowi
w okopach schowani
czekają na rozkaz
chcąc zabliźnić rany

ręce precz do Boga
gesty i symbole
tego nie wybaczą
chyba że nad grobem





odmienność

kultowe oddychanie Bogiem
co łaska
przeważnie jedna modlitwa
o zdrowie swoje

paciorki trzymane nie w tej dłoni
od krzyża początek
marsze przez resztę
w tempie lęku o śmierć

na kolanach
depcząc bliźnich
nie dają im prawa wyboru
bycia innymi niż Jezus





poranek

rękoma wygładzam poranek
otwieram mrok
na światło dnia
utula mnie ten chłodny wiatr

w porannej mgle
jest wiele miejsc
gdzie łatwo tak
jest schować się

wytężam wzrok
świat jeszcze śpi
przytulam wiatr
by dalej śnić

nie mówię nic
bo warto żyć
w ten cichy świt
szczęśliwym być

nawodnić słowo
powiedz
skąd płyną łzy
kiedy oczodoły puste
nakarmione smutkiem

brak odpowiedzi
źródło wyschło
tylko wspomnienia
karmią przyszłość

nawodnić
poprzez myśli czyste
tchnąć wiarę
uspokoić oddech

nie poddać się
ludzkiej obojętności
bez względu na efekt
iść po wolność



żyję

zapomniałem paciorków
czy dlatego żem siwy
odliczać do dziesięciu
ciężko idzie

mówią że cud
to narodziny
nie powiedzieli
że będzie boleć

przywrócić wartość
koralikom na sznurku
zakończonym wizerunkiem
tego co za mnie

jeszcze nie umarłem
wziąłem do ręki
kolorowy różaniec
z innym zakończeniem
jestem niemy

jestem niemy,
zimny wiatr wykrzykuje
moje myśli
o istnieniu Boga

grudniowy poranek
wyśmiewa moje zadumanie
i nielogiczne zaplątanie
rozważania o bycie

bezsenność boli
mrok, świt, coś pomiędzy
dziwny stan niepokoju
aby nie przymknąć powiek

pragnę zobaczyć zdjęte słowa
włożone do duszy
z zapewnieniem, że odzyskam głos
wypowiadając słowa: tu, sentio





równanie
tabela
wpisać hasło
ciąg liczb

bez sensu
nie jestem statystyczny
wstawiany opcją
kopiuj wklej

co dzień
przysiadam na krawędzi
mówiąc
nie dam się zaszufladkować

wyciągam tylko
wnioski z wyników
które podają inni
z przeżytych lat

ja żyję,
wielu już nie
smutek
źle wpisali w tabelę
bez obaw

zapuszczam
swoją wyobraźnię
niech odnajdzie
sens mojego oddechu

poskromić
pisanie scenariuszy
na resztę dni
zostawiając marzenia
łatwiej iść

szklane otwory
zamazują
rzeczywisty obraz
bycia i życia

otwierając pragnienia
odchodzi to
co tak ludzkie
wdech, wydech





z piasku budowanie

piaskownica
zbiorowisko dziecięcych przeżyć
ziarnka pisaku
nasiąknięte marzeniami.

babki
zbudowane z precyzją
ofiarowane rodzicom
jakże sypkie

zamki
budowle namaszczone
wizją przyszłości
o kruchych fundamentach

cząstka
dzieciństwa umieszczona
w czterech deskach
zbijanych przez dorosłych dla siebie
pędem
ulice
jak ściany
słowa odbijane echem wpadają
w mroczne kanały miasta

sekrety
ukrywane dla potrzeb ego
myśli które uciekają
w popłochu pędzącego tłumu

połączyć
rzeczy tajemnice istnienie
wyjdzie potrzeba spowiedzi
z niezłą mieszanką kłamstw
po to by przetrwać





rozgrzeszenie


horyzont
iść w jedną stronę
klękając co chwila
przed swoim sumieniem

kapliczki
wybudowane czynami
z wizerunkiem
cierni zroszonych tęsknotą

piasek
każdym ziarnem
przypomina o losach
powstania mojej winy

wędrówka
nieskończoność pokuty
w momencie rozgrzeszenia
usiąść i odpocząć
w imię Jego


~~ Marek Lisiński ~~