krzyżem stoisz

wołasz o samotności boląca
jak krzyż u bramy stoisz
nie tobie dźwigać brzemię
zapracowane w codziennym znoju

ulegasz presji świata wiary
skrzydłem wiatraka mielesz życie
usiądź odpocznij i przeczekaj
krucyfiks spadnie niebo wstanie

przytuli miłość i cierpliwość
inna już będzie ta bolączka
bez krzywd i ran odrodzisz siebie
nie będzie straszna ci ta wolność



zabierz ich z otchłani
klęczeli godzinami twarzą w żłobie
skromni niewinni adwokaci diabła
ile czasu tkwili lat minęło
nikt nie zdoła zliczyć

w wyobraźni swej królami byli
panami wszechświata błaznami kolegów
upadali kolejno pola zapełniali
na kacu trzęsący się klauni

umierają kolejno zawały omdlenia
idą tak "szczęśliwi "o wiedzo tajemna
aleje poległych usłane flaszkami
Siło Wyższa idź po nich zabierz ich z otchłani



ciężko zrozumieć

schody przykute do poręczy
wspinaczka w dół oporna
chcą maszerować do tyłu
kiedy życia gna wprost

przelane myśli potokiem spraw
łyk z tysiąca tak niewiele
zarazem jest ostatnim w życiu
nie flaszka ten jeden

ruchome drabiny wiszą dołem
wspinaczka ciągle tak oporna
bo na wspomnieniach jest oparta
idą przodem w zagładę

niewiedzą że giną samolubnie
zalewają już sumienie puste
obiecują że nigdy na zawsze
umierają śmiercią pijaną umysłem



dziękuje za dzień

dałeś mi jeszcze jeden dzień
książkę bez druku karty czyste
bym pisał ją od nowa życiem
Twymi słowami rękę prowadź

dostałem te godziny w dobie
codziennie jestem wdzięczny za nie
nie za te lata co przede mną
lecz właśnie za te godzin parę

bo nie wiem ile dni żyć będę
ile tych minut jest przede mną
wiem jedno że dziękuje Sile
za tą sekundę tak na trzeźwo



a brzoza umiera

brzoza usycha samotnie w tęsknocie
brak jej było słów o życiu szczęśliwym
zdradzona została przez nich oboje
czeka jak zwykle jak co dzień

mówili przy niej piękne słowa
obiecali sobie że na zawsze że razem
odwiedzali ją często szczęśliwi
i uściski miłości widziała

potem tak nagle to wszystko ustało
tylko on ją samotnie odwiedzał
wypłakał łzy i duszę zostawił
już i on ją przestał odwiedzać

a brzoza samotnie umiera
on już nadzieję postradał zupełnie
zostanie gdzieś badyl na polanie w lesie
po drzewie co widziało ich szczęście



rynsztok i życie

jak pomyje w rynsztoku zaległy
me wspomnienia z pijaństwa odległe
takie brudne śmierdzące kałuże
w głębi dusz odorem obległy

ma pokora w umyśle głęboka
i świadomość o krzywdach jest wielka
ileż kłamstwa i krzywd żem uczynił
chylę głowę przed życiem poprzednim

proszę was bracia i siostry
w wierze i grzechu mi bliscy
chcę abyście mi rzekli wybaczam
lecz nie po to bym lepiej się poczuł

łaski mi waszej potrzeba kochani
abym kroczył w trzeźwości i cnocie
a swój rynsztok muszę odkazić pokorą
i wy psikać się życiem doczesnym



przyjaźń ojcowsko-synowska

Ciepło dziecinnych rąk
uśmiech w rozmowie tak szczery
wszystko w nagrodę za miłość
choć kiedyś były bariery

niby lat mają po naście i dzieścia
lecz miłości spragnieni jak dawniej
tak normalnie na luzie bez dziegciu
rozmawiamy o naszej przyjaźni

bo to przyjaźń ojcowsko-synowska
trochę ma inne rozmiary i treści
bawimy się rajem nam danym
i gramy w swym życiu na szczęściu



poeto marny

księgi opasane wstęgą cierpień
tomy niezapisanych wspomnień
kartki wyblakłe od tęsknoty
stronice zalane łzami
zdania przeplatane wiarą
wyrazy w krzyk ułożone
litery zbite w niełasce
pokazują oblicze poety
w szufladzie gdzie pełno
miłości, żalów, radości
utulasz sens życia swego
ach poeto marny



Pan mój świadek

Pana Boga na świadka biorę
że nie potrzebny mi kler i totem
wiara jedna mnie trzyma przy życiu
szacunek do ludzi pozwala oddychać
na co mi bożków gromady tysiące
jeden przecież Stwórca, strażnik wiary mojej
z miłości do ludzi rozliczał mnie będzie
a nie ile to razy na tacę żem łożył
miłość, nadzieja ,a wiara na końcu
bo Pan umiłował zdrajców swego życia
więc czuję szacunek i miłość do bliźnich
bo zdradzić mnie mogą w akcie desperacji
Panie Boże prowadź w imię mej miłości
abym kochał ludzi, za to że plugawią
bliźnich, samych siebie i resztki swej duszy



bezmiar tajemnic

wszystko jest tajemnicą
twoich rąk dotknięciem
tyś pomyślał uczynił
spojrzeniem uświęcił

człowiek bruka to piękno
słowem czynem kadzi
w ciemnościach rozpaczy
grzechy swoje marze

bezmiar jest sekretem
wszystko niepojęte
coś stworzył i dotknął
najpiękniejsze święte

sacrum głosy mówią
wszechświat kosmos ludy
robią wszystko na złość
życia pragną cudem



Twarz i Bóg

padam twarzą na chodnik
uchem dotykam płyty zimnej
nasłuchuję tupotu stóp
czy czasami nie idzie Bóg

pozostaje obdarte oblicze
ino pustka w głębi zostaje
gdzieś się zagubił nie idzie
nasłuchuję cisza powstaje



Anioły czuwają chwilkę

dziecięcy uśmiech na sali
radość z puszystej podusi
beztroskie spojrzenia w dorosłych
rozsądek wypływa z słów prostych

rysunki piękne w przekazie
głębokie w swej treści obrazie
podpisy mądrością co widzą
"żyłam tak krótko lecz żyłam"

o Aniołach wciąż mówią wesoło
rysuję je niebem i życiem
napisane pod jednym rysunkiem
"Anioły czuwają chwilkę"

choć wyrok anioła już zapad
wzrokiem szukają miłości
uśmiechem na ustach
rozdają wciąż nadzieję i życie



życie jak poezja

ludzkie życie to jak poezja
są dramy i radości różne
ciepło przebija no i smutek
tematów nigdy nie zabraknie

kartki są białe jak i żółte
atrament wieczny się wywabia
ważne by czytać te wyblakłe
lecz żyć białymi to istotne

uśmiechem trudno kreślić wersy
pogodą ducha strony barwić
pisać wyborem idzie ciężko
lecz warto ponieść takie straty



przysięgamy nigdy nie przysięgać

kamienie życia dźwigamy
jako trędowaci postrzegani
poznany gniew niesprawiedliwy
pokorę posłusznych i kpinę

kroki bliskich otchłanią
butów odciski zanikły
wczoraj było przeszłością
zostaje na kamieniach wyryte

przysięgamy nigdy nie przysięgać
żyć godnie z tym ciężarem
nawet kiedy odejdziemy
w swej chorobie skazani



książka misio i ja

pluszowy misio fotel bujany
ciekawa książka ups okulary
wieści powieści mowa o życiu
czas buja mebel tak doskonały

lata mijają tekst pozostaje
wszystkie przesłania tak mądre sobą
czytam te słowa latek ze dzieści
lecz wszystko takie niezmienne w treści

uczą przekazem sobą autorem
co miał na myśli w domyśle chodzę
życie jak kartki te zapisane
każda odkryta przekazem staje

ja nie znudzony fotel w humorze
misio też słucha niezmiennie co dzień
bo warto czytać te opowieści
co wyszły z serca i duszy głębi



ego czasu

samoistne ego czasu
tyka samolubnie sam
bez prawa człowieka
w przebieg prawd

wybory bez poprawek
akceptacja dobra lub zła
płynie przepaścią duszy
nieubłaganie mija klątwa

wskazuje jak żyć
drepcze w sumieniach
znienawidzony że mija
kochany za to że jest



aksamitny sen

aksamitem mnie otulasz
ciało twoje satyną
chcę dotknąć ucieka
zimno spływa rękoma

zmysły pobudzone krwią
drżenie trzęsieniem emocji
szukam rękoma ciepła
chłód ogarnia ciało

otwieram oczy sen
brak przykrycia ciemno
dlaczego wyobraźnia moja
pragnę jawy nie snu



peron nadziei

peron wyczekiwany niepewnością
wysiada dusza woła
dotykam niepewności środka
targany wiatrem oczekiwań

przepływa ciepło dobroci
jestestwo wiary życia
muśnięcie nadziei jutra
oczy zobaczyły wiarę

przemarsz uliczkami wspomnień
zamknięte rozdziały wczoraj
jest nowe na jutro
oblicze anioła słowami

drogi powrotu życia
ciepło odeszło bez spojrzenia
wiatr zawiał dusza woła
peron wiarą nadzieją pozostał



pytasz o słowa

okno szklana tafla
odbicie wizerunku pragnień
biel czystością przemyka
jesteś nieskazitelna dotykiem

pytasz o słowa nieznane
widokiem świata odpowiedzi
szyba umyta drogowskazem
witaj nadziei upragniona

krajobraz ścielę się dobrocią
widać tęsknotę ukojenia
oczy jak okna przeźroczyste
pragnienie jutra sens istnienia



modlitwa sercem

okradam siebie z modlitwy
ręce składam w złym geście
potok słów gdzieś ucieka
pustką wykładam nadzieję

cel tekstów uderza kamieniem
chcę modlić się o Jego istnienie
meta i start w jednym miejscu
duchowość poległa w czeluści

modlić się sercem bez słów
niż słowami ranić Majestat
usta układać w milczenie
spoglądać duszą na siebie



brzozo nie umieraj

byłem u brzozy co samotnie umiera
magią słów nadziei przywrócić do życia
prosić o wybaczenie za zdradę ich dwoje
za słowa co korę niszczyły po trosze

łzami ją pocieszyć że życie tak trudne
że nie wolno usychać w perspektywie narodzin
wiosna zbliża się frontem oddechu natury
cokolwiek się nie zdarzy nie będzie na gorsze

drzewa umierają stojąc ktoś kiedyś napisał
to jest magia życia zaklęcia wymawiać
ludzie umierają pędząc gdzieś do przodu
brzozo nie usychaj życia szkoda świat żyje



jałmużna trzeźwości

Panie jam Twoim sługę w przykładzie
piąty już raz otwieram drzwi nadziei
Twoją wolą było bym powstał
abym krzyż życia uczynił pokorą

przestałem się bać życia uwikłanego
zegar od nowa wybija mą wiarę
po szybach spływa kropla jałmużny
z wyciągniętą ręka po trzeźwość myśli

przebywam drogę ulegle sandałami tęsknoty
po doczesne szczęście z kałuż wodę spijam
idę Kochając Cię za to że jesteś
bo w każdym z nas jest kawałek nieba

na cmentarzach moje ciało już gniło
powstałem boś wybrańcem mnie nazwał
ciężar mojego przekleństwa uwolniłem w sobie
chorym do końca szukam lustra wczoraj



przystanąłem...


przystanąłem
poszarzałe twarze
uśmiech gdzieś sprzedany
potargane łzy
samotne witraże nadszarpnięte sny
wzrokiem szukam kwiatów
tyle cieni wokół
z warg ulotne słowa
puste oczy słońcem
jeszcze krok nieba skłon
czy czekanie to
kiedyś skończy się...



wiatraki


cisza w pejzażach malowanych
czekają na podmuch nadziei
jak stokrotki słońca
wiatru poryw pobudzi brzozy

skrzydłami zabielcie życia drogi
jak posągi stoicie oczekując
z pytaniem echa powrotu
mechanizmy sznurka postarzałe
wyzwolone z uścisków ulećcie
jak dmuchawce jesienne do niebiesiech
oddajcie samotność i zasiejcie plony

ponieście kory zapach
poszybujcie wytworem serc
zabierzcie głosy usłyszą
nie bądźcie martwe
cisza..



w Imię Ojca...


w Imię Ojca
niechaj będzie
pochwalony ten co jest

powieszony za duszę prawdy
czy dla mnie miał żyć
odejść zdążymy wszyscy

przybity do ciała mego
noszony przeze mnie wszędzie
akceptacja udręki krzyża

idę w imię
upaść tyko po to aby powstał
na wieki



bezmiar tajemnic

wszystko jest tajemnicą
twoich rąk dotknięciem
tyś pomyślał uczynił
spojrzeniem uświęcił

człowiek bruka to piękno
słowem czynem kadzi
w ciemnościach rozpaczy
grzechy swoje marze

bezmiar jest sekretem
wszystko niepojęte
coś stworzył i dotknął
najpiękniejsze święte

sacrum głosy mówią
wszechświat kosmos ludy
robią wszystko na złość
życia pragną cudem



twarz i Bóg

padam twarzą na chodnik
uchem dotykam płyty zimnej
nasłuchuję tupotu stóp
czy czasami nie idzie Bóg

pozostaje obdarte oblicze
ino pustka w głębi zostaje
gdzieś się zagubił nie idzie
nasłuchuję cisza powstaje



poród prochów

spałem w łonie matki
bezpieczny w ciepłocie
kiedy na świat przyszedłem
już żyłem w tęsknocie

potężna i wielkie co szeptała czule
proste czyste w aromacie kwiatów
poród nic nie bolał
przez słowa jej miłe

życie inne niż mówiła wtedy
krzyk zapachów zgnilizn
poród i upadek tak pozostawiła
prochy spoczywają żyć trzeba



zaćpana modlitwa


dworce skażone
trzęsące perony głodem
bramy uliczne oplute

uchodzi świat dziecka
rodzi się trans
tabliczki wypisane
prośba choroba modlitwa
puści w sumieniach

samotni szubienicą
jakby w śnie żyją
oczodoły niemocą zalane
krzyk w rozpaczy

zabierz uwolnij
ostatni usycha
złoty strzał raju bram

rozpacz wizjera w domu
odbicie tęsknoty w szybie
dziecka nie ma



idę...

prośba do Niego
aby móc
dawać radość
posiać w ogrodach wizerunek
nie oblicza lecz duszy
bogato kwiatami wzejdzie
nieśmiertelnym zapachem
ludzkość zachwycić
bezgraniczne pola obsiane
napotkane kamienie
bolą nogi
łokcie poobijane
nie ułatwia
idę...



znak pielgrzyma

pola nie przebyte
przydrożny krzyż wrośnięty
upada pielgrzym twarzą
rękoma rozkopuje
piach wylatuje pragnieniem
szuka korzeni
znak wkopany
stoi od zarania dziejów
przesiąknięty błaganiem przodków
dłonie bolą krwią
wzrok ku niebu skierował
myśl prosta i czysta
tam jesteś
a mnie tam nie ma
powstaje
modlitwa drogą



malarz wyborów

obrazek wyblakły
ściana pożółkła od wspomnień
malarz zadumany w kącie
farb szuka
umysł przyćmiony
paleta zakamarków uboga
co wisi trzeba zdjąć
nie pomaluje powierzchni
plamy pozostaną
radzą sufit w bieli
on nie błękit woli
dookoła świat jaki
wybór ciężki
ciągle te wybory
lecz to jego kolory...



serce ludziom

jak św. Paweł o miłości
że łaskawa nie zazdrości
usiadłem
gdzie łaska
czy to że chodzę
twarze roześmiane
radość wśród wiosny
brak zazdrości
wiem
żyję oznaką miłości
dla Niego dusza
ludziom serce



wszystko ma sens

krzyż połamany
droga jego
rozsiana wiekami

Chrystus polnej ścieżki
pozostawione brzozowe ślady
okalające chabrami
jakby obcy
poznaję

kwitną maki
dukt leśny magią wiary
wykonał człowiek prosty

tylko dotknąć
czegoś kogoś
wszystko ma sens...



zapach Anioła


wiatr niebieski
z lotu ptaka uniesie

każdy skrzydła ma
gdzie uniesie przeznaczenie

rozpostarte latawcem
poszybować słowem
bez ran

podmuch jeden wiatr
uwierz
prawo do szczęścia
pachnie aniołami


a my...


dwunastu sprawiedliwych
myśli przeszukują
kim są

apokalipsą życiem
jakim prawem

czy Boskim osadzają
odłamkami umysłu

winien umierasz
oddychasz bo musisz
omylni bez błędów
ich grzechy oceną

oni mogą
a my



krzyż dlaczego...


miejsce
blok niedokończony

białe sufity
kraciasta koszula
gliniane nogi
przyrost czegoś tam

antenka z kieszeni wystaje
pet w ustach parzy
okruchy życia ciągnie

banknoty nadziei szeleszczą
głowa pomiędzy
wiarą a życiem
gilotyna stryczek
czy ma znaczenie
jak

kim jest
zasypany skargami
uwiera na barkach
krzyż symbol
lecz czego



smutne okna


smutne okna
pomarszczone urazy do niego

niewykonany portret
odbicie pozostało
czas uciekł

szkło nadmuchane
witraż zapłakany kolorem

latarnie co wieczór pokazuję drogę
do budowli
czy aby Jego



utracony sen


utracony sen
pełen peronów
przenikających pędem

niby pociągów
pękających w szwach

oświetleni pasażerowie
każda twarz żywa
wyodrębniona kalkomanią

odciśnięta na szybie
niczym portret pośmiertny

było za późno
nie wsiadłem

dworce puste
gdzie jesteś
Ojcze Nasz



pragnienie


pragnienie takie ciche
zostać aniołem

narodzić się bez skrzydeł
pomalutku potem
piękno ukryte wydobyć

radość nieprzebrana
patrzeć jak by mi rosły
skrzydła do latania

mgłą otaczać tajemną
tratwy zrzucać
ciepłym podmuchem

życie chronić
lecz nie żyć za nich



ulotne...

wędrówka
szafa drzwi
poryw uczuć

rozmowa jak by obrazem
namacalna istota

bliźni gdzieś tam

trzask wrót bram
pusto
ulotne słowa

poszukiwanie nie mebla
lecz człowieka
z szufladami nalepek
żyj i daj żyć innym



skazany ...

idę
ulicami pełno ludzi
boże daj samotność

przystanąłem
krzywdzą wzrokiem
pocieszając kłamstwem

odchodzę
wyspa oby samotna
porośnięta myślami ocen

doszedłem
akceptacja tłumów
jak gawrony kraczą

zakazane zwątpić
idylla bocianiego gniazda
trwa



zakute słowa

usta
zakute w słowa
milczenie
okryte westchnieniem
ślady
zakurzone wspomnieniami
w tym gdzieś
człowiek
drepcze cichutko teraźniejszością
bojąc się
krzyż upadłego
legł w gruzach
woła
usta knebel
sylaby człowieczeństwa
został...




Ona i świerszcz

w środku
tylko świerszcz gra
za duszą ukryty

tak pusto
ciszą wzrok przykryty
słychać płacz

to ciało
nie ona...

bądź dzielna
cyk cyk cyk



pytasz czym jest życie


pytasz
czym jest życie

co mam ci powiedzieć
jest jak bieg po okręgu
uciekasz przed samotnością

czekasz chwil nieznanych
poznając ludzi
chronisz się w ramionach

a potem
umierasz samotnie



łatwiej się płacze nocami

oczy zmęczone o świcie
gwiazdy bledną
czekam

okna porastają bluszczem
tracę widok
struny świerszcza zmęczone
nasłuchuję

wiem
łatwiej się płacze nocami
wyczekując dnia



modlitwa jak ptak


na kolanach
poranne słowa układane
Siło Wyższa pozwól

jaskółka nadleciała
krąg zatoczyła
zatrzepotała sercem

pozwól uniosę
niech usłyszy
nie Bóg
ludzie



listy i słowa


jest we mnie wiele
a zarazem pustka

tylko motyl serce moje pieści
gdy listy otwieram
ciebie czytam
twoje słowa
Panie

jak spojrzeć Chrystusowi w oczy
gdy pokrętnie
rozumiem słowo
Amen



w oczekiwaniu

kapliczka przydrożna
w oczekiwaniu
na pokłon tego co idzie

stulona poprzez upływ czasu
nie nadchodzi oczekiwany
był tylko ten co zbudował

nie dla modlitw postawił
lecz dla zadumy nad czasem
przemija niewytłumaczalnie

prysło złudzenie nieśmiertelności
nicość pozostała na horyzoncie
może przyjdzie nieosiągalne
przysiądzie z czasem na chwilę



łódź życia

łodzią życia
na drugi brzeg
poprzez modlitwę
przepływam co dzień

nieskładnie wiosłuję
cząstkami różańca
wywołując fale

sztorm duszy
krótki rejs dziesiątką
zmiana rytmu
szukam przystani
Ojcze Nasz



ja i On

pochylam się nad życiem
szukam wytłumaczeń
między niebem a piekłem
tylko Bóg

słowem poprzez milczenie
stworzony
z niezdolności kochania
jakże ulotny
tylko Bóg

nie widzę krzyża
za widnokręgiem
tunel na dziś bez światła
przepraszam



golgota

wszedłem na golgotę
wisiał jak dawniej

ktoś rzekł
kiedyś zstąpi
popatrzy wzrokiem otuli

ja wiem
zawróci biegiem
smutkiem zawiśnie
przybije się ponownie gwoździami prawdy

zardzewiałe od grzechów będą uwierać
tysiącami lat tęsknoty
na poprawę życia
czy poczeka

powrócę jak co roku
z wyznaniem wiary

dostałem dziesięć przykazań
żadnego nie mam na co dzień



cisza


nie chcę utracić jednej rzeczy
która nas łączy
ciszy

malowniczy widok tamtych rozmów
tyle że słowa są tylko słowami
ciszy nienamalowanej
uliczne lampy światłem
przebijają się przez Twoje włosy

szanuję
głos turlający się echem
osiądzie na mieliźnie
drzewa zadrżą ze szczęścia
nieśmiertelny motyl

uniesie ciszę
nie pozwolę
oddać tego co łączy



twarz

smutna twarz
w ostatnim zdjęciu wspomnień
vademecum bezsilności
jestem ja i wiersz
a pomiędzy nami
wąska smuga błota i wiedza
chcę ją przeskoczyć gwałtownie
nie staję się jej częścią
dźwięki nie chcą się wyartykułować
pojedynek słów i nut
stojących naprzeciwko siebie
oczekuję znaku ust
nadchodzi fala słów
powinienem biegnąć pisać
stoję
potrzeba czasu
bez zniewolenia
fotografia



drzwi

boję się je otworzyć
może tam tylko mgła
co nie opadnie
czy też zegar tykający godziny życia
bez nakręcania
lub brzoza utrapiona losem
baletnica tańcząca Qvo Vadis
osłupiały komik z żartów Gogola
kurtyna opadła
nie ma klamki
pozostaje
przeszklenie
wyobraźni



ptaki nie uniosą myśli

wzrok skierowany w czas
oczy ściana

dziewczynka szepcząca
dlaczego tak
ptaki nie uniosą myśli
drzewa nie przytulą duszy
gdzie królestwo dzieciństwa

przykucnęła na krawędzi zegara
wyszeptała
obiecałaś
ty co urodziłaś
ty co chrzciłaś słowami na wieki

dorośli kłamią gestami
zabijają słowami

została wskazówka zegara
zbiła lustro
pozostała łza
czy aby na pewno...



cienka nić życia

cienka nić życia
delikatna jak przędza

wplatam w nią przyjaźń
staje się nicią

przetykam miłością
powstaje lina
dodaję Boga
i stworzyłem swoją
nieśmiertelność



rozmowa

ulice brudne, szare ,bezludne
ludzkie dusze odeszły

ja stoję sam i próbuję
wypatrzyć choć mały cień
to światło z przydrożnej latarni
wydłuża mą postać

a tak chciałem kogoś spotkać
choć chwilę słowem się dotknąć

nie ma nikogo
mówię więc do swego cienia
szepczę by zrozumieć
siebie



jutro będę smutny

jutro będę smutny
lecz to jutro
dziś jest czekanie
co dzień widzę ułamkami sekund


smutek po cóż jest
ach nie martwić się o jutro
dla kogo wieje wiatr zimny i brudny
mgła okrywa przyszłość

słońce nie tylko zachodzi
jest dzień
nocą gwiazdy
szepczą że kiedyś
nie dziś

chciałbym mówić to co wieczór
od jutra będę smutny



sen aksamitem

przysiadłem na krawędzi pościeli
popatrzyłem w biel aksamitu
przypłynęło ciepło oddechu

jesteś jakże blisko
a zarazem po drugiej stronie lustra
dotykam wspomnień ranka
i słońca zaglądającego świtem

ukołysz dramaturgią wspomnień
obudź nadzieją na jutro

nie siadać będę na brzegu
lecz na dziś i na jutro
ułożę się cieniem przy tobie




znak pielgrzyma

pola nie przebyte
przydrożny krzyż wrośnięty
upada pielgrzym twarzą
rękoma rozkopuje
piach wylatuje pragnieniem
szuka korzeni
znak wkopany
stoi od zarania dziejów
przesiąknięty błaganiem przodków
dłonie bolą krwią
wzrok ku niebu skierował
myśl prosta i czysta
tam jesteś
a mnie tam nie ma
powstaje
modlitwa drogą



ukołysz

ukrywam ruchy warg
czy to wstyd

szeptem cichutko
szum traw

słowa pieszczę
modlitwa potokiem
obawa że wyschnie

Jezu
ukołysz



malarz wyborów

obrazek wyblakły
ściana pożółkła od wspomnień
malarz zadumany w kącie
farb szuka
umysł przyćmiony
paleta zakamarków uboga
co wisi trzeba zdjąć
nie pomaluje powierzchni
plamy pozostaną
radzą sufit w bieli
on nie błękit woli
dookoła świat jaki
wybór ciężki
ciągle te wybory
lecz to jego kolory...




serce ludziom

jak św. Paweł o miłości
że łaskawa nie zazdrości
usiadłem
gdzie łaska
czy to że chodzę
twarze roześmiane
radość wśród wiosny
brak zazdrości
wiem
żyję oznaką miłości
dla Niego dusza
ludziom serce



wszystko ma sens

krzyż połamany
droga jego
rozsiana wiekami

Chrystus polnej ścieżki
pozostawione brzozowe ślady
okalające chabrami
jakby obcy
poznaję

kwitną maki
dukt leśny magią wiary
wykonał człowiek prosty

tylko dotknąć
czegoś kogoś
wszystko ma sens...




prawo do życia

dwa światy
dwa prawa
natura rozbiegana
rozum ludzki zawiły
w tym wszystkim ja
radość z widoków
przeżycia moralnej szuflady
rogi półprawd wystają
skowronek nieśmiało coś ta
bez wnikania w sens
cieszy się ptaszyna życiem
świat rzeczywisty
prawo do życia
jedno ostatnie
czas teraźniejszy



dwa dary...


posiadamy dar
życia i śmierci

wsiadamy na statek
rejs w kierunku nadziei

pociągiem jedziemy
stacja zaduma po drodze

sztormy przekonań
poznawanie nas wciąga

potem nadchodzi ona
nie świadomie
idziemy do niej zawsze
meta naszych przekonań
i co dalej



czemu ja...

cmentarz tajemnicą
horyzont zakopany pamięcią
gdzie kwatera

bilet powrotny brak
osamotniony wśród pustych przegródek
w żałobie nie wydają reszty


rzędy ławek
przycupnięte zadumane oblicza
wydobywam swoje niepozorne
czemu ja

łapię łyk krystalicznego powietrza
dość świeżych grobów!
nie ja wszyscy



smutne okna

smutne okna
pomarszczone urazy do niego

niewykonany portret
odbicie pozostało
czas uciekł

szkło nadmuchane
witraż zapłakany kolorem

latarnie co wieczór pokazuję drogę
do budowli
czy aby Jego



żebrać o słowo

nie chcę być czyimś wspomnieniem
boje się słów dziękuję że byłeś
pytam się siebie
dlaczego wrzucono mnie
w czyjeś istnienie

czy muszę być słońcem
aby mnie widziano

jaskółka nisko lot swój uczyniła
jak marionetka staję na jej drodze

żebrać o słowo które nie utonie
istnieć otoczony przyszłością
nie pragnę wysłania
na wyspę św. Heleny



listy i słowa

jest we mnie wiele
a zarazem pustka

tylko motyl serce moje pieści
gdy listy otwieram
ciebie czytam
twoje słowa
Panie

jak spojrzeć Chrystusowi w oczy
gdy pokrętnie
rozumiem słowo
Amen



w oczekiwaniu

kapliczka przydrożna
w oczekiwaniu
na pokłon tego co idzie

stulona poprzez upływ czasu
nie nadchodzi oczekiwany
był tylko ten co zbudował

nie dla modlitw postawił
lecz dla zadumy nad czasem
przemija niewytłumaczalnie

prysło złudzenie nieśmiertelności
nicość pozostała na horyzoncie
może przyjdzie nieosiągalne
przysiądzie z czasem na chwilę




łódź życia



łodzią życia
na drugi brzeg
poprzez modlitwę
przepływam co dzień

nieskładnie wiosłuję
cząstkami różańca
wywołując fale

sztorm duszy
krótki rejs dziesiątką
zmiana rytmu
szukam przystani
Ojcze Nasz



ja i On

pochylam się nad życiem
szukam wytłumaczeń
między niebem a piekłem
tylko Bóg

słowem poprzez milczenie
stworzony
z niezdolności kochania
jakże ulotny
tylko Bóg

nie widzę krzyża
za widnokręgiem
tunel na dziś bez światła
przepraszam



rozmowa z synem

proszę opowiedz mi o tym..
usiadł na parapecie
patrząc przez zaparowane okno

pytasz o życie w gwiazdach
o stąpaniu po ziemi bosą nogą
czy też o rozmowach wieczornych z Bogiem

wiesz synu
wszechświat i gwiazdy otulam marzeniem
bo ty ja jesteśmy cząstką odkrywaną na nowo
dotykać niemożliwego pozwala mi iść

przez życie idziemy nie boso
lecz uzbrojeni w oręż zabijania
ze szkodliwością dla siebie
bo dobro wydobywać to odwaga
a zbroję zakładać jest śmiercią za życia

pytasz o Boga
Pan jest moją wyobraźnią
rozbraja z tego co wyżej
szukam go w człowieku
bo On go stworzył

proszę
zejdź przetrzyj szybę
idź dotknij
tego co każdy nazywa inaczej
życiem



muzyka deszczu

słyszysz muzykę deszczu
wszystko tak na swoim miejscu

ściany zakute w obrazach
świętości rozpięte życiorysem
przeradzają się w krople rosy

tysiące dziesiątki wspomnień
wystukane rytmem
kroków anioła

deszcz ucichł
czy słyszysz siebie



nie ten dom

rzeczywistość inna
zamglone serce zapłakało

nie ten dom już
inne krzesło stoi
lustro pokazuje przeszłość

czystość ciała
powiązana z umysłu oczyszczeniem
fotel rozkołysał duszę
niemożliwe staje się namacalne



świeca jesieni

przez nieszczelną okiennicę
wpada smutek jesienny
szuka dziury w kominie
i przy świecy się gnieździ
płomyk tli się słabiutko
wosk go w koło zalewa
gaśnie wolno pomału
blasku z niego już nie ma
ile czasu zostało
jak ma wiosny doczekać
szuka wciąż odpowiedzi
wszystko w rękach
człowiek



jestem smugą mgły

jestem przelotnym faktem
i to powinno mnie trzymać
w zastanowieniu
każdej postaci w życiu
dać imię

toczę własne ego
moje ciało i zmysły
sen niosę zdeptanymi butami
jestem smugą mgły

bez pytania
długo czy krótko istnieję
żyć nazywając wszystko po imieniu



marzenia o piórach


większość o piórach marzy
bo anielskie
że ich anioł strzeże

proszą skomlą błagają
kiedy im rosną
brudem zarastają

obelgami umywają
że im źle na świecie
ciężki krzyż dźwigają

lepiej łzami mokrymi
niech oczy nie bolą
skrzydła białymi się staną
wolą Bożą przesiąkną
i poniosą
w to kiedyś nasze święto



Bóg czasu

Król świetlistego szlaku
Bóg czasu

racjonalnie nie wytłumaczalny
nie materia
energia spływająca potokiem
osiadła

pstryk
ulotny bez podkładu
złożonych rąk w pokorze

motylem huraganem potopem
cichutką nadzieją
na to co potem



nie ma nocy bez snu

wiele nocy bez snu
gdy powiedziały że dość
opuszczają twój dom,
aby iść w obcy świat.

biorą pusty plecak bólu doświadczenia
wędrówkę rozpoczynają życiem
szlak prowadzi instynktem
widzą świat bielą i czernią
nie ma w nim barw pośrednich

chwała im gdy zobaczą
że kwitną gdzieś róże i wiśnie
zieleń jest jak słowo dobroć
śpiew słowika wśród brzóz
to miłość znaczy

napotykają gdzieś ukochane oczy
błękitne nade wszystko kochane,
te oczy ciepłe w dobroci

kiedy mi smutno i źle, idę w leśną gęstwinę,
szumie dębów i traw powracają te dawne dni.
na zwalonym przez burzę
starym pniu duszę rozściełają
wraca lecz to było nie ma

dziś jest miłość i szczęście i łzy.
wraca matczyny dom
nie ma powrotu
nie ma nocy bez snu



stalówka i słowo

pióro napełnione
czarną substancją
by mazać kleksami

kałamarz wysechł
wynaleziono naboje
by strzelać w ludzkie
być lub zamazać

może nie plamą
wywabiacz nie działa
oddech pióra ciążki

zatkana stalówka
aby powiedzieć
to jedno słowo


~~ Marek Lisiński ~~