KOŁYSANKA DLA GABRIELA

Śpij synku spokojnie, ufaj marzeń lotom
i daj się zaleczyć wszystkim ojca bliznom,
bo zaraz zmęczony zaśniesz tylko po to,
by zbudzić się rano prawdziwym mężczyzną.

Zabierz sen kobietom, które rzucą losy
i zechcą wypłakać za tobą z łez oczy.
Stojąc nagie w oknie, splatać będą włosy,
by uwodzić ciebie długością warkoczy.

Śpij synku spokojnie, oddychaj głęboko,
niechaj żaden koszmar ciebie nie dogoni,
palce na pościeli rozłóż tak szeroko,
aby się nie przyśnił żaden rodzaj broni.

Śpij synku spokojnie, śpij twardo jak kamień,
co zostawia koła, gdy rzucisz go w wodę.
Każdą moją troskę o ciebie dziś zamień
w ciepłą kromkę chleba smarowaną miodem.

Śpij synku spokojnie, ja światła nie zgaszę
i z bladego cienia nowy dzień wywróżę,
nim przywita nas świt, pomyślę o czasie,
gdym czuwał daleko w zielonym mundurze.

Śpij, nie upomni się już o mnie ojczyzna ,
nikt nie będzie uczył budowy granatu.
Za chwilę świt, wstaniesz już jako mężczyzna.
Czy znów powiesz do mnie: Zgaś to światło...Tato.





OJCZE NASZ

OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE

Moja wiara nie przenosi gór
Ani nie karmi głodnych
Jedyny cud jaki umiem czynić
To zamiana denaturatu w wino
Piję do lustra i patrzę w te siedem lat nieszczęścia
Szukam naszego podobieństwa
Dmuchane szkło smukłych butelek
Wydłuża moją twarz w "Krzyk" Muncha
Widzę Twoje plecy - śpisz
Na zrogowaciałą skórę dłoni
Kapią łzy
Panie
Znów piję na smutno
I w bezsilności gryzę rękę
Która przed chwilą próbowała uciszyć żonę
Za obrazem Marii
Zamiast odłożonych banknotów
Tylko pajęczyna i kurz

Przed nim
Zapalone świece
Spijają łapczywie tlen

Coraz trudniej oddychać





SKOTAWA

Przyjedź do mnie chociaż raz
A pokażę ci strome brzegi Skotawy
To miejsce
Gdzie załamał się lód pod moim psem
Między drzewami na niebieskich pajęczynach
Drga jeszcze mój krzyk
A Budrys odwraca łeb
I podaje łapę jak wtedy z przerębli
Tak to prawda
Nie szeptałem tu czule
Żadnych kobiecych imion
Chociaż okolica nastraja do rozbieranych randek
Wykrzykiwałem tylko imię psa
Gdy wypływał na powierzchnię
A potem tuliłem do siebie
Drżące mokre futro
I wybaczałem mu wszystkie nieposłuszeństwa
I tych siedem uduszonych kaczątek
Których puszyste duszyczki poszły do nieba
Jak mawiała moja córka

Przyjedź do mnie chociaż raz
A pokażę ci pętlę rzeki
Którą zarzucam na łkające gardło
I daremnie próbuję jak Wojaczek
Odrzucić stopami upodloną planetę

Za każdym razem wracam na ziemię
Bo wystraszony pies przysiada na tylnych łapach
I liże moje dłonie




X X X

Żono, znów zamiast ciebie mój pies spał od ściany,
rozgrzał do czerwoności zimną dotąd pościel
i lizał moje palce, goił śliną rany
świeże twoim milczeniem, otwarte na oścież.

I zbudził mnie o świcie tupiąc o podłogę
w rytmie naszego głodu i nocy bez grzechu.
Z chłodnych ścian zwisały wyrzeźbione bogi
z niemym krzykiem na ustach, pięścią grożąc echu.

Gaśnie na mym policzku wysepka psiej śliny,
jego brązowe oczy świecą jak niepokój,
szukał mój sen samotny w chłodzie łóżka winy,
znalazł tylko własną twarz odbitą w psim oku.



Jerzy Fryckowski