Wór pełen prezentów


Mikołaj znał wielu bardzo bogatych ludzi, sam zresztą pochodził z bardzo zamożnego patarskiego rodu. Jednak pierwsze zdanie, jakiego nauczyli go rodzice, gdy tylko zaczął mówić, brzmiało następująco: najlepsze rzeczy nic nie kosztują. Zarówno ojciec, jak i matka każdego ranka i każdego wieczora kazali mu je głośno powtarzać. I Mikołaj powtarzał je posłusznie przez siedem lat swojego życia, nie pytając, czemu to służy. Któregoś dnia jednak stwierdził, że musi kogoś o to zapytać. Najprościej było zapytać ojca. Ojciec chłopca, podobnie jak i mama, nie byli już młodymi ludźmi. Mikołaj obserwował często matki i ojców swoich rówieśników i widział, że większość z nich jest o wiele młodsza niż jego rodzice. Nigdy jednak nie miał odwagi zapytać, dlaczego tak jest. Zresztą nie miało to przecież dla niego większego znaczenia. Rodzice bardzo go kochali i tylko to było ważne. Ale o tajemniczą kwestię, którą kazali mu powtarzać dwa razy dziennie, musiał wreszcie zapytać.
- Dlaczego chcemy, żebyś to wciąż powtarzał? - zapytał go ojciec z uśmiechem. - Dlatego że chcemy z mamą, żeby ta prawda wypełniła każdy twój dzień, całe twoje życie, całego ciebie.
- W takim razie, tato, po co tyle pracujesz, skoro najlepsze rzeczy nic nie kosztują?
- Synku, świat jest tak urządzony, że pieniądze trzeba mieć, żeby kupić za nie coś do jedzenia, coś do picia, coś do ubrania. Ale prawda jest taka, że najlepsze rzeczy w życiu, te najważniejsze ze wszystkich, nic nie kosztują. Zresztą najważniejszych, najpiękniejszych w życiu rzeczy nie można kupić.
- Naprawdę? Czego na przykład nie można kupić?
- Opowiem ci pewną historię, Mikołaju. Ojciec wziął syna na kolana. - Kiedy byłem młody, byłem pewien, że jeśli będę bogaty, będę bardzo szczęśliwy. Wiodło mi się dobrze. Szybko się bogaciłem, zakochałem się w twojej matce, poślubiłem ją. Myślałem, że szybko urodzą nam się dzieci, ale mijały kolejne lata, stawaliśmy się coraz starsi i wciąż byliśmy tylko we dwójkę. Mieliśmy wspaniały, piękny dom, drogie szaty, byliśmy szanowanymi w Patarze ludźmi, ale wciąż nie mieliśmy potomstwa. Którejś nocy było mi z tego powodu tak smutno, że nie mogłem zasnąć. Wyszedłem na powietrze, popatrzyłem na nasz przepiękny, kosztowny dom i pomyślałem, że bez wahania oddałbym go i wszystko, co w nim jest, za jedno maleńkie dziecko. Tamtej nocy zrozumiałem, że nawet najbogatszy człowiek na świecie może być jednocześnie najnieszczęśliwszy, ponieważ rzeczy, które dają człowiekowi szczęście, nie są do kupienia, np. takiego syna jak ty, Mikołaju, nie można kupić.
- Czyżbym był najwspanialszą rzeczą na świecie? - zapytał ze zdziwieniem chłopiec.
Ojciec Mikołaja roześmiał się serdecznie.
- Dla mnie i dla matki jesteś absolutnie najwspanialszą rzeczą na świecie!
Mikołaj uśmiechnął się szeroko, ale i odrobinę zarumienił.
- Tamtej nocy, synku, zrozumiałem, że choćbym miał wszystkie bogactwa świata, to i tak nie mógłbym sprawić, żeby urodził mi się syn.
- Ale skoro najlepsze rzeczy są za darmo, to dlaczego po prostu nie można ich sobie wziąć?
- Dlatego, że są prezentami. Prezentu nie możesz sobie tak po prostu wziąć. Prezent, żeby był prezentem, musi być ci przez kogoś podarowany. Pomyśl o swojej ulubionej rzeźbie, która stoi na dziedzińcu naszego domu. Wyrzeźbił ją dla nas pewien artysta z Myry. Dlaczego ten artysta potrafił robić takie piękne figurki? Bo miał ogromny talent. Czy talent można kupić? Nie, kupić można tylko rzeźbę. Talent to coś o wiele więcej niż rzeźba i dostaje się go za darmo, ale on też jest prezentem.
- Co jeszcze jest takim prezentem, tato?
- Miłość twojej mamy jest dla mnie takim prezentem, zdrowie jest prezentem, rodzina, przyjaciele; radość, szczęście, pokój, mądrość, wolność. Prawda jest taka, Mikołaju, że całe życie człowieka jest jak wór pełen prezentów, tyle że ludzie najczęściej widzą tylko to, czego nie mają, a na to, co już posiadają, spoglądają niechętnie. Ale wróćmy do mojej opowieści. Tamtej nocy właśnie zrozumiałem, że dzieci są dla rodziców prezentem i że choć nie mogę ich kupić, to może mogę je dostać.
- Od kogo?
- Od Boga. Następnego dnia razem z twoją mamą postanowiliśmy prosić Boga, by dał nam prezent w postaci dziecka. Prosiliśmy Go długo i cierpliwie. Prosiliśmy też wielu naszych przyjaciół i krewnych, by modlili się o ciebie razem z nami. I Bóg wysłuchał nas. Urodziłeś się. Stałeś się naszym największym zwycięstwem i dlatego daliśmy ci na imię Mikołaj.
- Czy moje imię oznacza: zwycięstwo? - ożywił się chłopiec, któremu najwyraźniej bardzo się to spodobało.
- Twoje imię oznacza: zwycięstwo ludu. Ja, mama, nasi krewni i przyjaciele, którzy prosili o to, byś przyszedł na świat - my wszyscy byliśmy takim małym ludem. A to, że się urodziłeś, było dla nas jak zwycięstwo.
- A potem podrosłem, zacząłem mówić i nauczyliście mnie tego zdania, że najlepsze rzeczy nic nie kosztują? - zapytał Mikołaj, by się upewnić.
- Dokładnie tak - śmiał się ojciec. - Właściwie to powinniśmy byli dać ci na imię „prezent”!
Mikołaj również się roześmiał.
- Musisz zapamiętać sobie, synku, że te prezenty, o których ci opowiadałem, są o wiele cenniejsze niż bogactwa. Tylko te prezenty czynią człowieka naprawdę szczęśliwym.
Mikołaj lubił przyglądać się pracy służących, krzątających się po domu jego rodziców. Najbardziej lubił Salome, która miała 17 lat i pomagała w kuchni. Była bardzo ładna i bardzo miła. Dla Mikołaja była jak starsza siostra. Często, gdy miała akurat wolną chwilę, bawiła się z Mikołajem w ogrodzie lub opowiadała mu niezliczone historie o podróżnikach, legionistach lub żeglarzach. Od kilku dni jednak wesoła zwykle dziewczyna była tak smutna, że jej przygnębienie udzielało się prawie każdemu, kto na nią spojrzał. Chłopiec wielokrotnie pytał ją, co jest tego powodem, jednak ona nie chciała odpowiedzieć. Któregoś razu Mikołaj przez przypadek usłyszał, jak Salome zwierza się Roksanie, która była jej rówieśniczką i zajmowała się ogrodem.
- Nie mogę wyjść za Rufusa, bo nie mam wystarczającego posagu - płacząc opowiadała przyjaciółce. - Jego rodzina zagroziła, że jeśli do końca tygodnia ojciec nie ustanowi dla mnie takiego posagu, jakiego żądają, Rufus weźmie za żonę dziewczynę z Myry.
Mikołaj niewiele z tego rozumiał. Nie miał pojęcia, czym jest posag. Poszedł więc do zaprzyjaźnionego koniuszego, który dbał o konie ojca, i zapytał go o to. Demetriusz roześmiał się głośno, usłyszawszy, o co pyta go jego siedmioletni pan.
- Zamierzasz się żenić, Mikołaju?
- Nie, a dlaczego pytasz?
- Żeby dziewczyna mogła wyjść za mąż, musi mieć posag. Posag to taki majątek, który - można powiedzieć - podarowuje mężowi w dniu ślubu. Jeśli kobieta nie ma posagu, a to się zdarza, bo w naszym mieście jest wiele biednych rodzin, nie może wyjść za mąż. Nie może mieć rodziny.
- Jak to? - oburzył się Mikołaj. - To nie wystarczy, że kobieta kocha swojego narzeczonego, a on ją?
- Niestety nie, mój chłopcze.
- To znaczy, że jeśli ktoś nie ma pieniędzy, nie może mieć też rodziny?
- Dokładnie.
- Kto ustanowił tak głupie prawo?
- Nie wiem, Mikołaju, to bardzo stare prawo.
- Kiedy ja będę się żenił, nie będę chciał żadnego posagu od mojej narzeczonej! - oznajmił ze śmiertelną powagą i spytał: - Czy takiej dziewczynie można jakoś pomóc?
- Można, ale chętnych do pomocy nie ma wielu.
- W jaki sposób?
- Można dać jej pieniądze albo jakieś kosztowności.
- I to wystarczy?
- Tak.
- Pomożesz mi, Demetriuszu?
- Widzę, że jednak potrzebujesz posagu i to pilnie - znów roześmiał się koniuszy.
- Ja nie, ale znam kogoś, kto bardzo potrzebuje. A ja potrzebuję kogoś dorosłego, żeby mógł udawać, że to on pomaga. Przecież małego chłopca nikt poważnie nie potraktuje.
- A nie wpakujesz mnie w kłopoty? - Demetriusz wciąż był nieźle ubawiony.
- Na pewno nie - odpowiedział Mikołaj i pobiegł do domu.
Za chwilę wrócił do stajni ze skórzaną sakiewką wypchaną dukatami.
- Mikołaju, co to jest? - zaniepokoił się tym razem koniuszy.
- To prezent, który dostałem od jednego z moich wujów. Nie martw się, to naprawdę moje pieniądze.
- Cała sakiewka to zbyt dużo, chłopcze. Wystarczy czasami 12 dukatów!
- Nie ma czasu. Bierzmy konie i jedźmy.
- Ale dokąd?
- Do domu Salome!
Godzinę później wrócili, wypełniwszy swoją misję. Demetriusz przedstawił się ojcu Salome jako człowiek, który usłyszał o smutnej historii jego córki i postanowił jej pomóc. Wręczył mu sakwę złotych dukatów i w pośpiechu odjechał. Nad brzegiem rzeki Ksantos, która przecinała swą wstęgą Patarę, czekał na niego Mikołaj.
- Zaimponowałeś mi, Mikołaju - powiedział z uznaniem Demetriusz, pomagając mu zsiąść z konia.
- Też byś tak postąpił na moim miejscu.
Gdy następnego dnia Salome pojawiła się w domu Mikołaja, tryskała radością i szczęściem. Dopiero teraz odważyła się opowiedzieć wszystkim, co ją tak gnębiło.
- To niedobrze, że nie powiedziałaś nic wcześniej - skarciła ją mama Mikołaja - pomoglibyśmy ci przecież!
- Państwo pomogliście mi już wystarczająco - uspokoiła swoją panią Salome z promiennym uśmiechem na ustach.

Kilka dni później Mikołaj wraz z rodzicami udał się w podróż do Myry - miasta, w którym jego wuj był biskupem. Chłopiec ukończył już 7 lat i nadszedł czas, by rozpoczął regularną naukę. Jego rodzice uznali, że najlepszym nauczycielem dla chłopca będzie ich bliski krewny, dostojnik Kościoła. Postanowili więc odwiedzić go i zapytać, czy zgodziłby się uczyć ich jedynego syna. Wuj biskup bardzo kochał Mikołaja, sam modlił się przez długi czas o jego narodziny. Przystał więc natychmiast na propozycję swej rodziny z Patary.
- Tak go wykształcę, że zostanie najsłynniejszym biskupem Myry! - powiedział, śmiejąc się i targając Mikołaja za nos.
- Nie chcę być biskupem! - odpowiedział z uśmiechem Mikołaj.
- A kim chcesz być? Kupcem jak twój ojciec?
- Chcę być człowiekiem, który pomaga innym, który obdarowuje.
- Będziesz, kim zechcesz, Mikołaju! - powiedział wuj biskup.
Pewnego razu, gdy wracali do domu wuja biskupa, zatrzymali się na chwilę w jego cytrusowym sadzie, gdzie właśnie dojrzewały dorodne i wonne pomarańcze.
- Popatrz, Mikołaju - powiedział ojciec - to drzewo pomarańczowe daje nam, ludziom, takie pyszne owoce także zupełnie za darmo. Gdyby ktoś przyszedł z sakiewką pieniędzy i powiedział temu drzewu, żeby urodziło mu sto owoców, myślisz, że posłuchałoby go?
Mikołaj roześmiał się.
- Nie posłuchałoby, na pewno!
- Właśnie. Ale zauważ, synku, że drzewo pomarańczowe rodzi owoce, czyli daje prezenty tylko raz na jakiś czas. Nie każdego dnia w roku. Są takie dary w życiu, których nie można mieć na zawołanie, na niektóre z nich trzeba poczekać. Do niektórych trzeba dorosnąć. Jeśli zerwiesz z drzewa niedojrzałą pomarańczę i ją zjesz, możesz się zatruć. A jeśli się nią z kimś podzielisz, możesz sprawić, że i on się zatruje. Dlatego musisz pamiętać, że są dary, na które trzeba cierpliwie poczekać, bo czasami, kiedy dostanie się je za szybko, mogą nam po prostu zaszkodzić.
- Tato, a czy człowiek może być prezentem tylko dla jednego innego człowieka?
- Jeden człowiek może być prezentem nawet dla całego świata. Ty jesteś największym prezentem dla mnie, ale kiedy dorośniesz, możesz żyć tak, że będziesz ogromnym prezentem także dla wielu innych ludzi.
- Jak mógłbym to zrobić?
- Pomagając tym, którzy potrzebują pomocy, pocieszając tych, którzy są przygnębieni, odwiedzając tych, którzy są samotni. Okazji do bycia prezentem w życiu będziesz miał całe mnóstwo.
- A ile prezentów człowiek dostaje od Boga w życiu?
- Tyle, ile tylko zdoła zauważyć - uśmiechnął się ojciec, wziął Mikołaja za rękę i poprowadził w głąb cytrusowego sadu.


Aleksandra Polewska






 

Powrót