Było Boże Narodzenie.
Kramerowie spędzali wspaniałe święta wspólnie w domu, w samym sercu stanu Nowy Meksyk. Pomijając prezenty, wszyscy członkowie rodziny byli niezwykle wdzięczni za dary, których nie można było zapakować i położyć pod choinką. Brian pracował jako menedżer w lokalnej firmie, Anna zaś była w czwartym miesiącu ciąży z ich trzecim dzieckiem. Pięcioletnia Kari i czteroletnia Kiley były zdrowe i szczęśliwe. Stanowiły dla rodziców niewyczerpane źródło radości. Szczerze mówiąc, rodzina Kramerów nie mogła chyba być szczęśliwsza.

Po spędzeniu pierwszego dnia świąt w domu, pojechali samochodem do niewielkiego miasteczka oddalonego o dwadzieścia minut jazdy od Santa Fe. Ponieważ rodzice Briana pochodzili stamtąd, dobrze znał on okolicę i cała rodzina mogła rozkoszować się przejażdżką i malowniczym górskim krajobrazem.

- Popatrz, stoją tu od lat i nigdy się nie zestarzeją - powiedział trzymając żonę za rękę, kiedy chodzili po górach niedaleko Santa Fe.

- Bóg wie jak tworzyć piękne rzeczy.

- Bez wątpienia wie - powiedziała Anna, kładąc sobie rękę na brzuchu.

Wizyta u rodziców była wspaniała. Dwa dni śmiechu i świetnej zabawy, szczególnie dla dzieci. W końcu jednak trzeba było wracać do domu. Kiedy pakowali się i żegnali z rodzicami Briana, padał lekki śnieżek.

- Nie cierpię prowadzić w śniegu – powiedziała Anna, kiedy już wsiadli do auta.

- Wiem, dlatego ja prowadzę – odparł spokojnie Brian. - Mnie taka pogoda nie przeszkadza. Pomódl się tylko o bezpieczny powrót.

Kobieta pokiwała głową i cicho poprosiła Boga, by strzegł ich w drodze do domu. Starała się nie obawiać czekającej ich drogi. Wyjrzała przez okno, trzeba przyznać, że śnieg był naprawdę piękny. Powoli opadał na ziemię i wyglądał jak świeżo rozsypany cukier puder. Droga z Santa Fe była dwu-, i miejscami trzypasmowa. Od domu rodziców Briana wznosiła się łagodnie, mijając dwa niewielkie miasteczka, po czym opadała, przez około dwadzieścia mil, schodząc w dolinę, w której wreszcie stawała się płaska.

Choć ruch był niezbyt duży, Brian jechał powoli i ostrożnie, mając świadomość tego, że pod śniegiem, którym przypruszona była jezdnia, znajdowała się cienka warstwa lodu. Większość mijających ich samochodów miała założone łańcuchy na kołach. Brian przed zimą zmienił jedynie opony na zimowe. Mimo to Anna czuła się zdenerwowana, odkąd tylko wjechali na wiodący w dół odcinek trasy. Mąż spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.

- Nie bój się kochanie, damy rade.

- Wiem, wiem – odpowiedziała Anna. - Poprostu chciałabym już być w domu.

- Wkrótce dojedziemy. Spróbuj się odprężyć.

Anna pokiwała głową, cały czas jednak była spięta. Droga wydawała się strasznie śliska, mimo że Brian jechał naprawdę wolno. Kiedy wjechali na szczególnie stromy odcinek, Brian zwolnił jeszcze bardziej, aby mieć pewność, że nie stracą przyczepności. Ni stąd, ni zowąd tył samochodu zaczął zarzucać. Auto tańczyło od jednego pobocza do drugiego. Brian próbował wyprostować koła, zorientował się jednak, że ruchy kierownicą nie mają żadnego wpływu na zachowanie auta. Zrozumiał co sie stało. Samochód wpadł w poślizg i koła zupełnie straciły przyczepność.

Kręcąc sie wokół własnej osi, auto sunęło na spotkanie samochodu nadjeżdżającego z przeciwka.

- O Boże! – krzyknęła Anna, rzucona na deskę rozdzielczą. - W imię Boga, niech on się zatrzyma!

Samochód przestał wirować. Sunął poboczem w kierunku krawędzi urwiska. Gdyby spadł, polecieliby kilkaset stop w dół.

- Boże, błagam, pomóż nam! - wrzasnęła ponownie Anna. Jednak w głębi duszy czuła, że jadą zbyt szybko i poprostu muszą spaść w przepaść.

Nagle, tuż przed samą krawędzią, samochód uderzył w coś i w jednej chwili się zatrzymał. Kiley wypadła z pasów. Nagły wstrząs sprawił, że dziewczynka znalazła się z przodu samochodu, uderzając o szybę.

Zrobiło się zupełnie cicho.

Brian spojrzał na żonę, nie wierząc, że udało im się uniknąć śmierci.

- Dziewczynki, nic wam się nie stało? - zapytał odwracając się.

- Nie, tatusiu – usłyszał cienki głosik. - Uderzyłam się w głowę, ale nic mi nie jest.

Czując ulgę, spojrzał jeszcze raz na żonę.

- Musieliśmy uderzyć w pień drzewa, głaz albo coś w tym rodzaju – powiedział.

- Może w barierkę.

Na wciąż miękkich nogach Brian wysiadł z samochodu. Przeszedł do przodu. Między barierką a przednimi kołami nie było niczego.

- Anno, chodź tutaj! - zawołał. - Musisz to zobaczyć!

Kobieta otworzyła dzrwi i bardzi ostrożnie wyszła z samochodu. Brzeg urwiska i auto dzieliło zaledwie kilka stóp.

- W co uderzyliśmy? - zapytała.

- O to właśnie chodzi. W nic. tu nie ma nic, w co moglibyśmy uderzyć, ani kamienia, ani pnia, zupełnie nic. Samochód zatrzymał się sam.

Anna obejrzała pokazywane przez męża miejsce. Miał rację. Samochód sunął z prędkością dziesięciu mil na godzinę, po czym ni stąd ni zowąd zatrzymał się. Bez żadnego powodu. Oboje spojrzeli w dół skalnego urwiska… Zamarli na myśl o tym, co mogłoby się stać.

- Anno, wygląda tak, jakby sama ręka Boga zatrzymała samochód, ratując nas od zsunięcia się w przepaść.

W ciszy kobieta przypomniała sobie swoje desperackie błagania Boga o ratunek. Podeszła do męża. Objęła go i położyła głowę na jego piersi…

Z całego serca wierzę, że masz rację. Zostaliśmy zatrzymani przez dłoń Boga. To musiał być cud. Bożonarodzeniowy cud.


Opowiadanie z książki "Bożonarodzeniowe opowieści niezwykłe" Karen Kingsbury

 

 

 

Powrót