Bożonarodzeniowe procesje w San Jose, na południu Meksyku są bardzo uroczyste. Ulicami miasta idzie rozśpiewany tłum z barwnymi lampionami. Procesja ma przypominać poszukiwanie przez Maryję i Józefa betlejemskiej gospody. Na przedzie idzie para wyobrażająca Świętą Dziewicę i Jej Oblubieńca. Wierni przechodzą przez dziewięć dni od domu do domu i śpiewają radosne pieśni. Ostatniego dnia w jednym z domostw otwierają się drzwi i gościnni gospodarze zapraszają strudzonych pielgrzymów do środka. Nad drzwiami wiszą kolorowe lampiony, aby w Noc Bożego Narodzenia Dzieciątko odwiedziło i pobłogosławiło tę rodzinę. W tym okresie odwiedza się też znajomych, obdarowując ich prezentami.
Najwięcej radości mają wówczas dzieci, ponieważ specjalnie dla nich wiesza się przy suficie, bądź ustawia przy łóżku kolorowe kubki - niektóre napełnione piaskiem, inne mąką. W jednym znajduje się niespodzianka. Dzieci odgadują, który kubeczek zawiera gwiazdkowy upominek, ciesząc się przy tym niezmiernie.
W domu pięcioletniego Marco w tym roku nie było radosnego, świątecznego nastroju. Dziadek, jedyny opiekun dziecka zachorował i nie miał kto zająć się domem. Już od kilku dni starszy człowiek nie podnosił się z łóżka. Gdyby nie pomoc sąsiadki, pani Juanity, matki Martina, starszego kolegi chłopca, w domu zabrakłoby również jedzenia. Chłopiec opiekował się dziadkiem jak tylko potrafił, chociaż nie zawsze mu to udawało się. Dzisiaj na przykład porozlewał kawę, którą sam przygotowywał dla chorego. Poparzył przy tym ręce, całe szczęście, że niegroźnie i wystarczyło obmyć je zimną wodą. Marco był dziś szczególnie roztargniony. Miał bowiem dodatkowe zmartwienie. Przed jego domem nie wisiał bożonarodzeniowy lampion, ponieważ sam nie potrafił go zrobić. Chodził smutny i zamyślony.
- Co ci jest wnuczku, nie martw się, wyzdrowieję na pewno - pocieszał go dziadek.
- Martwię się, że nie mamy lampionu - odpowiedziało dziecko. - A przecież dzisiaj wigilia.
- Idź do Martina, on ci pomoże zrobić lampion - radził dziadek.
- A kto z tobą zostanie? - zapytał zatroskany chłopiec.
- Pośpię trochę w spokoju. Bądź spokojny o mnie. No, idź już.
Marko pobiegł do przyjaciela. Martin był tak zajęty przygotowywaniem kolorowych lampionów, że nawet nie zauważył młodszego kolegi. Ten zaś zaciekawiony przyglądał się jego pracy.
- Dlaczego robisz ich tak dużo - zapytał po chwili.
- Chcę dobrze oświetlić drogę do naszego domu, żeby Dzieciątko nie zabłądziło i przypadkiem go nie ominęło. - odpowiedział Martin.
- A jeśli światła nie będzie to nie trafi? - dopytywał się Marco.
- Nie wiem. Ksiądz na religii mówił, że Dzieciątko odnajdzie, nawet bez światła tych, którzy Go kochają. Lepiej mieć dla pewności te lampiony.
- Martin, ale ja nie mam żadnego, bo nie umiem go zrobić. Pomożesz mi? - poprosił chłopiec.
- No pewnie. A od czego ma się starszego kolegę? Siadaj i bierz się za robotę.
- Ale ja nie mam z czego zrobić.
- Zobacz ile tu papieru, kolorowych sznurków, kokardek i bibuły. Świeczka tez się znajdzie - zachęcał kolega.
Praca tak pochłonęła chłopca, że zapomniał o całym świecie. Nie zauważył nawet zbliżającej się pani Juanity.
- Chłopcy, chodźcie na obiad. Później Marco zaniesiesz jedzenie dziadkowi, a wieczorem zapraszam was na wieczerzę wigilijną
Zaraz po obiedzie chłopiec pobiegł do domu. Zawiesił przy drzwiach aż dwa lampiony.
- Dziadziusiu, mamy lampiony. Teraz Dzieciątko na pewno nas odwiedzi i pobłogosławi będziesz zdrowy - zawołał uszczęśliwiony.
Nie usłyszał jednak żadnej odpowiedzi. Próbował dobudzić opiekuna. Niestety bezskutecznie. Przerażony wybiegł z domu szukając pomocy. Wpadł do kuchni pani Juanity.
- Proszę pani, nie mogę dziadka obudzić - zawołał przerażony.
- Uspokój się dziecko. Zaraz zadzwonię po pogotowie. Martin zajmij się kolegą - zwróciła się do syna kobieta.
Wkrótce pogotowie zabrało chorego do szpitala. Na szczęście było to zapalenie płuc i pomoc przyszła w porę. Marco smutny wrócił do domu. Nie cieszyły go nawet lampiony. Być może nie zauważyłby kolorowych kubeczków, które ktoś ustawił przy jego łóżku, gdyby z jednego pojemnika nie wydobywał się pisk. Zaciekawiony zajrzał do środka i zobaczył ślicznego, rudego szczeniaka - bożonarodzeniowy prezent dla niego. Uszczęśliwiony zaczął karmić pieska mlekiem.
Po pewnym czasie w drzwiach stanął Martin.
- Marco, zabieraj szczeniaka i chodź do nas. Mama powiedziała, że do powrotu dziadka ze szpitala zamieszkasz u nas. Ubierz się porządnie, bo wieczorem idziemy na procesję i pasterkę.
- Widzisz, Dzieciątko znalazło drogę do nas i pobłogosławiło - powiedział chłopiec i już nieco weselszy udał się w stronę gościnnego domu pani Juanity.

autor nieznany

bar

 

Powrót              Wilia