Jak zostać Aniołem

Po ostrej zimie przyszła wiosna. Ostatnie śniegi topniały, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci kałuży. Z drzew spadały kropelki wody, błyszczące w przyjemnym słońcu. Wszystko wracało do życia. Prawie wszystko. Na ulicy wędrowali ludzie. Zapracowani biznesmeni, szczęśliwe matki… nie ma jednak opowieści szczęśliwych.
Mała, dziewięcioletnia dziewczynka z piegami na nosie przepychała się w tłumie spacerujących ludzi. Jej stare buciki stukały o chodnik. Szybkim krokiem zmierzała do potężnej budowli na rogu ulicy. To był stary, XVI wieczny kościół, wieża z dzwonami na szczycie pięła się wysoko w górę. Siedziałem na niej i obserwowałem ją, gdy wchodziła do środka.
Wewnątrz panowała ciemność, jedynym źródłem światła były dopalające się świeczki, zawieszone na ścianach. Wszędzie stały ławki, jednak tylko kilka osób w nich siedziało. Każdy zajęty był modlitwą. Ona zaś poszła dalej, aż pod sam ołtarz i uklękła przed obliczem Pana. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Panie Boże, pozwól mamusi wrócić do nas, do pracy, aby znów wychodziła ze mną na spacery do parku, gdzie karmiłyśmy łabędzie. One są takie piękne. Białe, jak śnieg, jak Królewna Śnieżka, która opiekowała się krasnoludkami. Na pewno wiesz o co chodzi. Proszę, pozwól mamusi wstać, pozwól jej uśmiechnąć się. Niech rozsunie zasłony na oknach i wyjrzy przez okno na ulicę. Proszę, Panie Boże, spraw, aby mamusia była taka jak dawniej.
Siedziałem obok niej. Słuchałem jej modlitwy. Modlitwy dziecka, które wierzy w coś najbardziej na świecie, może nawet bardziej niż w Boga. Wtedy zapłakałem. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie mogę jej w żaden sposób pomóc, tylko patrzeć i dawać nieświadomą nadzieję. Łzy usychały na moich policzkach. Ani jedna nie upadła na posadzkę.
Wstała i wybiegła z kościoła. Szybkie kroki odbijały się donośnie po całej świątyni. Znałem ją. Chodziła tutaj codziennie. Po modlitwie zawsze chodziła do parku. Teraz już sama. Ścieżką zmierzała nad jezioro. Razem z matką obrała sobie "własny" kąt, osłonięty drzewami. Tam karmiła łabędzie. Tego dnia jednak nie przybyły. Słońce odbijało się od lustrzanej wody. Przymknęła oczy. To było leniwe wiosenne popołudnie. Ludzie wracali z pracy, po parku spacerowały zapatrzone w siebie pary, ludzie z psami. Przyglądała się Golden Retrieverowi, psu o cudownej, złocistej sierści. Sama nigdy nie miała w domu psa. Żadnego. Dlatego tak bardzo te zwierzęta ją pasjonowały. Wiedziałem o tym. Znałem ją.
Później poszła w stronę domu. Zawsze zmierzała tą samą drogą. Zawsze mijała kościół. Usiadłem na wieży i obserwowałem ją z góry. Byłem zakochany w jej rozkosznych, małych krokach. To była rzecz, dla której było warto czekać całą wieczność.
W pewnym momencie zatrzymała się. To było dziwne. Odwróciła się i spojrzała na wieżę… na mnie? Przecież to było niemożliwe. Czułem jej wzrok na sobie, doskonale go czułem. Potem pobiegła do domu. Znajdował się w ubogiej dzielnicy, był mały i ciemny. W pokoju leżała jej matka. Dziewczynka uwielbiała zapach białej kołdry - był taki przyjemny, delikatny. Matka spała.
- Mamusiu, już niedługo będziesz zdrowa - wyszeptała - znów będziemy chodzić do parku karmić łabędzie, będziemy spacerować i śmiać się. Mamusiu, ja Ciebie uleczę. Już wiem co trzeba zrobić! Jeszcze dziś będziesz zdrowa…
Matka spała dalej. Nie obudziła się. Była zmęczona. Dziewczynka zaś wybiegła z domu. Pędziła przez ulicę, ja za nią. Zdawało mi się, że biegnie na spotkanie z Bogiem, może biegła. Nie wiedziałem. Tylko za nią podążałem.
Okolica stawała się coraz bardziej pusta. Coraz mniej domów, asfaltowe ulice zamieniły się w ścieżki. Dookoła rozlały się łąki. Wysoka trawa powiewała na lekkim wietrze. Ona pędziła dalej. I w końcu zatrzymała się. Stała nad torami, z oddali zaś nadjeżdżał pociąg. Do najbliższej stacji było kilka kilometrów. Ona stała na szynie, balansując rękami, aby przypadkiem nie spaść.
- Mamusiu, obiecuję, że dziś będziesz zdrowa… obiecuję. Ja już mam pomysł, jak Ciebie wyleczyć. Mamusiu, nie martw się. Ja Ciebie kocham, nie bój się. Nic mi nie będzie, a ty wyzdrowiejesz - spojrzała na nadjeżdżający pociąg - Ja już mam pomysł… stanę się aniołkiem, żeby Ciebie wyleczyć. Czy to nie wspaniałe? Znowu wybierzemy się do parku, mamusiu. Zaraz stanę się aniołkiem…
Pociąg przejechał z głośnym hukiem. Zatrzyma się dopiero na stacji. Nie pamiętam co wtedy do niej powiedziałem. Nawet ja nie mam doskonałej pamięci. To nawet dobrze. To błogosławieństwo. Pamiętam tylko, jak na mnie spojrzała. Była szczęśliwa. A ja usiadłem na torach i zacząłem rozmyślać.
Autor: Shakal

Powrót