LUNATYCY


Czasem się zastanawiam
gdzie ten szatan?

a jego pełno wszędzie!

ale chyba najwięcej
w ślepym pędzie
do globalizacji
unifikacji
do Europy
choćby na klęczkach
sznurkiem jak gęsi

czart prowokuje wymądrzanie
z klonowaniem
by zastępować Boga

po co
ludzka głupoto?!

on jest w bezmyślnym
niszczeniu natury
a potem
w krajobrazie ponurym

no i jeszcze...
diabeł śpi w komputerze!
lekko śpi
ledwie drzemie
przymyka jedno ślepię
i pilnuje czujnie


byśmy
niedoskonałe karły człowiecze
żyjąc bardziej w wirtualnym
niż realnym świecie
zapomnieli jak najprędzej
po co TU jesteśmy

a my - uśpieni
nieświadomi zniewolenia
somnambulicy
wabieni fortelem chytrym
wykiwani
koszmarnym pazurem
bezwolnie zdążamy
w zagłady
przepastną dziurę!




NOCNA ZADUMA

Gwiazdy niczym diamenty
dziurawiły skalny granit nieba

przez niezliczone otwory
wywiercone na firmamencie
zdawała się promienieć
dobrotliwa twarz Boga -
rzeźbiarza
tej ażurowej kopuły

...i zazdrościłam gwiazdom
że są bliżej Niego!



POETOM LEPIEJ NA WSI

Nie wierzcie poetom, co mieszkają w mieście!
Co oni mogą wiedzieć o prawdziwym świecie?
Czy ich zbudził kiedyś ptasi śpiew nad ranem,
czy raczej spać nie dają rozterki egzystencjalne?

Czy moczyli kiedyś nogi w zimnym strumieniu,
czy tylko w wybielaczu z reklamy
piorą nieustannie słowami
swoje poplamione sumienia?

Czy wiązali w bukiety ogromne pęki stokrotek
zamiast nadymać jak balony
własne lęki, depresje i fobie?

Czy wiedzą, że lepiej leczy serce
pajda chleba ze świeżym miodem
niż te wszystkie (takie modne!)
psychoanalizy gabinetowe?

Taki, co to siedzi w mieście z dziada pradziada -
nie może być prawdziwym poetą,
bo on stale przemawia,
a wcale nie potrafi gadać.



Na wsi wszystko bardziej oczywiste
od oczywistości
tutaj naprawdę gościnnie
przyjmuje się gości
kura smakołyk wygrzebuje
z ziemi pazurem
a kogut swój grzebień
pysznie wynosi do góry
z drzewa pyzate jabłka
się śmieją policzkiem rumianym
a te na targu w skrzynkach
takie smętne i poturbowane
tu się kartofle wybiera
prościutko spod krzaka
a w mieście za pieniądze
kupuje się ziemniaki
na wsi o wszystkim zaraz
opowiada się każdemu
to niekoniecznie chora plotka
lecz zapomniana zwykła szczerość
tu nowe wieści kupuje się na pniu
potem śmieje albo płacze
i nikomu do głowy nie przychodzi
że może być inaczej
bo na wsi i biedę i radość
dzieli się za darmo
a w mieście współczucia nie nabędziesz
za żadne świata skarby
tutaj kto durny to durny
i tak się o nim mówi
a w mieście to wstyd nawet
powiedzieć że jest głupi

gdy wszystkiemu
szlif nadmierny się nadaje
już niewiele
z prawdziwości pozostaje
i garncarzowi
od długiego gładzenia misy bolą palce
a przecież kształt kanciasty
bywa doskonalszy...


Zarozumiałe okazy Homo sapiens
mistrzowie w skakaniu do gardeł

prężymy karki jak żbiki
bierzemy się za łby
patrzymy wilkiem
wydrapujemy ślepia
szczerzymy kły
wypijamy krew jak hieny
potrząsamy grzywą jak lwy
z łbem zadartym do góry
w bezmyślnej pysze
co strąca do wspólnej przepaści...

tak w swoich "ludzkich" dążeniach
obrażamy
naszych braci mniejszych



NA GOŚCINĘ MATKI BOŻEJ FATIMSKIEJ
W KOPII JEJ CUDOWNEJ FIGURY


Witaj, najsłodsza Panienko, coś w białą szatę odziana,
obecna w Fatimskiej Figurze - Matko naszego Pana.
Maryjo, co swoją dłonią łzy nieraz mi ocierałaś,
rozgość się w moim domu.Odtąd nie będę już sama.

Wiem, zatroskana Królowo - zbyt rzadko Ci się kłaniałam.
Wybaczysz mi; zacznę od nowa. Nie jestem doskonała.
Patronuj moim wysiłkom, by zacnym służyły celom
i najwierniejszą busolą bądź w nieustannym błądzeniu.

Pomóż wyrywać się z sideł zła, co otacza ciemnością.
Rozterki zamieniaj w pewność, że nic bez Twojej miłości.
Podnoś z ciągłych upadków, uskrzydlaj w dążeniu do wzlotu,
podawaj rękę i prowadź przez liczne bezdroża losu.

Wyzwalaj z lęków, uprzedzeń, które wkradają się skrycie
w codzienność. Zostań więc światłem i drogowskazem na życie.
Bądź zawsze źródłem pokory, gdy pycha niecna się skrada.
Czuwaj wtedy, Maryjo! I bądź ze mną do końca świata...



Co ty mi świecie
możesz powiedzieć -
że źle ci?

że śmiecą
że szpecą
że trują
mordują
oszukują?

Co ty mi świecie
możesz pokazać -
jakie obrazy?

te góry śmieci
głodne dzieci
nagich
chorych
i kalekich?

Czegóż to świecie
każesz mi słuchać
codziennie?

płaczu i łkania
przekrzykiwania
tych od monopolu na rację
i na ich cześć owacji?

tego mam słuchać?
lepiej ogłuchnąć!...

Mój piękny świecie -
wolę nie słyszeć
tych wieści

a przecież
ode mnie także zależy
czy komuś
słońce świeci...



Mała mrówko
doskonała robotnico -
pewnie myślisz
że twoje mrowisko
to wszystko

nie wiesz biedaczyno
ze wielki świat
tu się dopiero zaczyna

że opodal
takich kopców tysiące
że są większe
że są wieżowce

a ty ciągle
targasz
pchasz albo ciągniesz
to trawkę
to słomkę

i być może
tak skończysz
przez byle karła
przydepnięta
o tym co najważniejsze
nie mając pojęcia

ale czyń tę swoją
małą - wielką misję
bo tak robią
twoje siostry wszystkie

a ja ci powiem
że człowiek
co wymyślił niejedną
gigantyczną maszynę
przecież ciągle
tylko naśladuje ciebie
kruszyno!



OGRÓD



Malwy -
te żyrafy ogrodowe
sponad płotu wychylają
kolorowe głowy

dalie jak kokosze
kołem się rozsiadły
wzbijają wzrok z zazdrością
ku wysokim malwom

na straży ogrodu
słoneczniki jednonogie
ogrodowe słońca
i...kłamcy
niejednego nabrały
by smyrgnął po czapę
w której trzymają
ziarna niejadalne

nasturcje się rozlały
zielonym strumieniem
co po ziemi się toczy
co chwila błyskając ogniem
wielu płomiennych oczu

strzeliste mieczyki
jeżeli coś przebiły
to tylko serca
ostrzem z nadmiaru piękna

między tym wszystkim
tęczą wykwitły
astry puszyste

niebawem ogród
powoli się zmieni
bo astry
to już kwiaty jesieni


Gdyby chronometr
pies gończy
chciał być tak dobry
i mógł podążać
w przeciwną stronę
do przodu ogonem

wyprostować karki
odsiwić włosy
zabrać bóle
odwrócić zło losu

zdjąć bielmo z oczu
by pomóc zobaczyć
poręcz nad przepaścią
w ostatnim akcie dramatu



Rano codziennie od nowa
w przebudzeniu się rodzę
w dzień rosnę dojrzewam
południem rozkwitam
więdnę powoli wieczorem
nocą całkiem usycham
aby umierać przed świtem

skazana na ileś odrodzeń
nieśmiało otwieram oczy
na słońce deszcz i na wiatr
na wszystko co spotkam po drodze
na taki jaki jest świat

na szarość bezdenną za oknem
na mgły jak brudna wata
albo na promień słońca
sączący się zza firanek
w pogodny ranek

i już wiem że po nocy
dla tego jednego poranka
kiedy znów się obudzę
warto otworzyć oczy
by śpiewać tańczyć i mówić
dziękuję
dziękuję
dziękuję!



O CHLEBIE


Jeśli nie szczypał cię w uszy marcowy wiatr
rozczesujący szczotkę oziminy,
nigdy nie robiłeś gwizdków
z wystarczająco mocnego źdźbła żyta,
nie wypatrywałeś pierwszych kłosów
na świętą Zofię,
jeśli nie zrywałeś garściami chabrów
na wianki i na dziecięce potajemne wino,
nie wydeptywałeś ścieżek w zbożu,
żeby było na skróty
i nie rozgniatałeś ziarna próbując,
czy dostatecznie twarde na żniwo;
jeśli nie widziałeś, jak się kładzie koszony łan
(chyba tylko kombajn w telewizji),
to skąd możesz wiedzieć przemądrzalcze,
jak powinien smakować chleb?
A ciągle wybrzydzasz, że zakalcowaty!



JAK WIATR


Chciałabym
jak wiatr niepokorny
hulać bezkarnie
gdzie popadnie

dać nura
w środek burzy
trąbą powietrzną
zerwać parawan obłudy

to się prześliznąć
po fałszu garbach
lekko przefrunąć
nad otchłanią pogardy

huraganem świsnąć
gdy los zagina
zmienić kierunek
w karkołomny wiraż

i zawirować
burzą piaskową
aby zagłuszyć
jęk swojej duszy



SPĘTANA WOLNOŚCIĄ


Uciekam od wolności jak spłoszony ptak
sama się pętam w sidła

w teatrze gram każdego dnia
raz rolę króla potem błazna
a każda mi obrzydła

schodzę ze sceny
z niesmaku grymasem
wieczór zapala lampy
nocne upiory wolności rzekomej
znów nie pozwolą mi zasnąć

spętana brzemieniem możności wyboru
co dławi niczym ość w gardle
między złem co pociąga
a dobrem co boli
albo nijakim co najmniej

czemu ta wolność choć darem od Boga
i Jego miłości wyrazem
czasami tak ciąży jak kula u nogi
krępuje w okrutne kajdany?

dlaczego bez przerwy każesz mi dźwigać
nie do zniesienia podarek
bo jest to przywilej
wątpliwy co najmniej

mój Panie - to przecież kara!


BYŁAM RÓŻĄ

Byłam różą
taką normalną jak to róże
na dole kolce
i piękny kwiat na górze

kwiat się wdzięczył
w przepychu
kolce raniły dotkliwie
przy każdym dotyku

aksamitne płatki
uśmiech obłudny słały
ostre ciernie -
raniły wytrwale

czy piękno serca
trzeba okupić bólem
zadawanym nawet
tym kochanym najczulej?

nie wytrzymałam dłużej
przestałam być różą
dziś jestem już tylko ostem -
po prostu...



Pamięci ofiar zamachu terrorystycznego
na wieże World Trade Center w Nowym Jorku
w dniu 11 września 2001r.





Ameryko! -
pełna przepychu
i... pychy
dziś -
tylko jęku i krzyku

śmierć z hukiem spadła z nieba
w czarnego pyłu chmurze
i w gruzach

przerażenie
szok na twarzach
wkrótce - setki komentarzy
ble ble ble ...
kto po co kiedy gdzie

a tam przecież
wśród jęku rannych
i tych żywcem pogrzebanych
oraz w całego świata łkaniu
Jezus Chrystus
został ponownie ukrzyżowany...

...gdyby jeszcze mieć pewność
że nie nadaremnie!



W KOLORACH


Jestem niebieska
bezchmurna jak nieba jedwab
błękitna i przezroczysta...
nic nie boli nic nie trzeba -
... dzisiaj

jestem zielona
wiosennie rozbudzona
jakbym się liściem okryła
w drzewo się cała zmieniła -
świtem rozkwitłam

jestem czerwona
wzburzeniem podniecona -
gromami ciskam
grożę pięścią zaciśniętą
i się wściekam...
spadłam nisko!

jestem brązowa
jak przedwojenna matrona
taka późnojesienna
melancholijnie wyciszona
nie matka nie żona
ani panienka

jestem fioletowa
woalem zafrasowania
pora filozofować -
wtedy zwykle rodzą się wiersze
te bolesne i najgorętsze
z duszy samego wnętrza

lubię do głębin nurkować
i jestem fioletowa



LISTOPADOWE ŚWIĘTO

Do butów czepiają się liście
jak dusze żebrzące o litość
a zniczów języki
liżą płachtę dymną
przypaloną wonią kadzideł

chryzantemy drobnolistne
w zimnym uścisku
całują cmentarne tablice

w procesji zawodzą pacierzem
co ma nieść się błagalnie ku niebu
o litość dla świętej ziemi
w której położeni
najbliżsi...

... i najdalsi
gdzieś za oceanami

wszystkim
daj pokój Panie -
i tym nie pogrzebanym
a zwłaszcza
nie rozgrzeszonym
największą łaskę podaruj
w dniu Świętych Obcowania




A wyjedź stąd wyjedź
za jakieś lądy niczyje
za błędne oceany
by na własne zobaczyć
tę obcą sytość bogatych
i sprawdzić tę nie swoją
nędzę biedaków

ale czy oczy nasycisz
doliną Liwca?
czy woda tam bardziej czysta?
a krajobrazy -
czy dość zieleni
czy tylko tubylcy mocniej opaleni?
a ptaki -
czy ptaki tam koncertują?
czy się jesienią na odlot zwołują?

a ludzie -
serdecznie cię przyjmują?...

kiwasz głową
ale to przecież nie nasi -
za czym więc ta pogoń
na koniec świata
za czym?

banito
ta ziemia
tęskni za tobą
i jak matka z obiadem
czeka...

wracaj -
nie zwlekaj!




SZUKAM CISZY

Szukam ciszy pośród zgiełku
szukam metr po metrze
nie znajdę jej w mieście
to przecież pewne

poszłam w pole
wiatr łany kołysał -
przyjemnie...
nadal szukałam ciszy
nadaremnie

w lesie
królestwo braci mniejszych
swój żywot wiedzie
nie ma ciszy i w lesie

nad rzeką - plusk wody
(choć ryby nie mają głosu)
cisza nad wodą nie gości -
dalej poszłam...

przystanęłam -
szukałam jej w sobie
a tam taki zamęt
że potrzebny remanent
gruntowny!

nogi same goniły
do pobliskiej świątyni -
tam cisza rosła
w Boga tchnieniu

może przywędrowała
z przydrożnym kamieniem
co go wmurowano
jako ten węgielny?



Zachwycać się
podziwiać
i słowami kochać -
to wciąż za mało

trzeba temu miastu dawać siebie
dzień w dzień po kawałku
jakby się bochen chleba krajało
i rozsądnie dzieliło
aby do końca starczyło
pajdę po pajdzie
chleba uczciwie zarobionego
bez czekania na darmochę
ani trochę
(nigdy nic mi łatwo nie przychodziło)

za tę hojność
z jaką mnie Węgrów przyjął
niegdyś obcą niczyją
za przygarnięcie do serca -
te strofy wiersza
w podzięce!



Ziemio najbliższa -
Matko przybrana
chociaż ze swego łona
mnie nie wydałaś
(sama tu w dolinę Liwca
przywędrowałam)
lecz przygarnęłaś jak wygnańca
i kochasz miłością trudną
bez obłudy

Ziemio Węgrowska -
czasem nieprzyjazna i szorstka
w dawaniu
nie zawsze sprawiedliwa do końca...
klękam przed Tobą
z pokorą się pochylam
nad przodków heroizmem
i kocham Cię
bo drugiej takiej - nigdzie...

Ziemio ukochana -
jak hojnie mnie obdarzasz
słońcem poranka
górą pracy
uśmiechem dziecka
przyjacielem serdecznym

tu dach nad głową
stół chleb i kwiaty
czasem myślę
że to zbyt wiele
tak za nic dostać
ale Matka nie rachuje zasług

bywa - srogo doświadczasz
po matczynemu skarcisz
ale na wszystko się zgadzam
jak ufne dziecko
bo Matce
zawsze się przebacza


Ziemio Węgrowska
jak dzwon przeszłości
którego serca się czepiam
by dalej rozbrzmiewał
głosząc
na cześć Twoją pean!



Kiedy tu powracam
z bliska czy z daleka
nawet mokry liść w kałuży
wdzięcznie się uśmiecha
a w mętnej wodzie
pomarszczone słońca odbicie
cieszy się na moje przybycie

nareszcie do Węgrowa!

tutaj gotowa
podjąć każde wyzwanie
dla mego miasta
aby rosło i potężniało
jak złoty balon
co nad głowami się unosi
w czasie zgromadzenia
na Rynku Mariackim
w finale Biesiady Weselnej
by imię miasta głosić

bo największe polskie wesele
to chluba nasza -
Węgrów zaprasza!



Jestem bluszczem
co się oplata dokoła
pańskiego stołu
czepia
spróchniałego płotu
chwyta
wiatru w polu

pragnę
złamanego szeląga
(na takie złamania
gipsu nie zakładają
choć marnie wygląda)

łaknę
łaskawego spojrzenia
(czasem bywa zezowate!)
okruchów z pańskiego stołu
głaskania po włoskach...

...czemu mi nie wystarcza
drżącej wiary
rdzewiejąca tarcza?



JESIENNE WYZNANIE

Zniknęły łany
opustoszały zagony...

zabieram z pola
na czubku buta
krople rosy
zebrane z traw
i przyklejony liść
na przypomnienie lata

nagi krajobraz
ubieram w marzenia
późnojesienne
ze szklanką herbaty w tle

szarą melancholię
próbuję pomalować
ale życie
nie komputer -
zmieniasz kolor
i masz słońce

przez listopadową chmurę
muszę się przebić do końca
wystawić czułki na ciernie
przyjąć ból
cierpieć...
i czekać aż przeminie
nim następny nadejdzie



NA CZWARTE URODZINY KLUBU SENIORA
"MIŁA PRZYSTAŃ" - POST STRICTUM


Skoro stało się tradycją,
to świętuję tutaj z Wami,
lecz obawiam się, by w zwyczaj
mi nie weszło to gadanie!

Tak co roku jak papuga?!
Wprawdzie życzę i wychwalam...
ale strofy te przydługie
mogą stać się w końcu nudne.

Więc już dzisiaj postanawiam
jako w porzekadle znanym:
co za dużo, to nie zdrowo -
koniec wreszcie z tym gadaniem!!!

I tak przecież nikt nie wątpi,
że życzenia swe najszczersze
dla Seniorów w sercu noszę
i nie muszę wkładać w wiersze.

Chociaż...dla uczczenia Święta
uczynię to nawet chętnie,
ale wiersz powiedzą dzieci -
przedszkolaki; będzie wdzięczniej.

I w ten sposób się umawiam:
gdy za rok dopisze zdrowie
(czego życzę Wam i sobie) -
mogę przybyć z dobrym słowem.

Na słodycze już nie liczę!!!
I na torty się nie wpraszam
(choć są pyszne, zwłaszcza Wasze),
bo - co doskonale widać -
ja jeść tortów nie powinnam!!!

Tak więc to post scrictum swoje
kończę słowem jak najlepszym:
żyjcie w zdrowiu i spokoju
i działajcie coraz prężniej.

O klubową tu działalność
chodzi, bo to jasne chyba,
że w "Przystani Miłej"Waszej
jakby latek Wam ubywa.

Za rok - jubileusz mały.
Oby wszyscy doczekali
by świętować pięciolecie,
z tortów gasić już pięć świeczek...

A na koniec życzyć pragnę,
byście wszyscy byli razem,
kiedy trzeba będzie gasić
świeczek najmniej kilkanaście!




PRZEDWIECZORNY LETNI OBRAZEK MOJEGO MAŁEGO MIASTECZKA


W moim małym miasteczku
letnią upalną porą
wszystko się jakoś dziwnie
ożywia przed wieczorem

z pogaduszek sąsiadkę
odprowadza sąsiadka -
zwieńczenie plotek na chodniku
to nie lada gratka

u nogi pana lśniące
rasowe pieski na smyczy
obok kundelki biegające luzem -
najszczęśliwsze

na karkołomnych wirażach
zgrzyt i pisk dziecinnych rowerków
a zakrętów tu całe mnóstwo
bo to Osiedla Mickiewicza alejki

wrzeszczące dzieciaki
obsypują się nawzajem piaskiem
nieznośny łomot deskorolek
braci nieco starszej

na parkowych ławeczkach
w zaułkach i na skwerkach
chichoty nastolatek
szeptem wynurzane sekrety serca

z rękoma splecionymi
na plecach dostojnie
drepcą do domu przed nocą
matrony miejscowe

z kościoła wypłynął tłumek
tych co to codziennie
na wieczorne nabożeństwo
modlitwę nowennę



pojedynczo i grupkami
suną starsi od cmentarza
z bólem i wspomnieniami
na łzą zroszonych twarzach

do domu - zajezdni spieszą
z wózkami matki młode
aby nakarmić swoje
maleństwa mocno głodne

z piwiarni wyglądają twarze
rumiane nader pokracznie
co to od rana nadmiernie
z lubością raczą się chmielem

nieustanny pisk opon
na licznych zakrętach
w sklepikach choć po zmroku
spora gromadka uwija się skrzętnie

przedwieczorne ożywienie
zdaje się nie mięć końca
a przecież jednak cichnie...
długo po zachodzie słońca

gasną blaski czernieją postacie
coraz cichsze odgłosy
wieczór odpływa powoli
ustępując miejsca nocy

niebawem(aż dziw bierze)
całe miasto usypia -
jutro znów pod wieczór
rozsypią się po ulicach

jeszcze pies sąsiadów zaszczekał
jeszcze jakiś spóźniony klakson
to nic to nic -
pora zasnąć...



Świat taki śnieżny
a On tam samotnie leży
leży samotnie
choć przybyli
nawet monarchowie

i smutny
chociaż radość
panować powinna
gdy Maryja powiła
Maleńkiego

ale dlaczego
ja i ty
nie pędzimy tam
na złamanie karku?
nie składamy podarków?

zbyt jesteśmy przywiązani
do wygodnych pieleszy -
gdzie by tam się spieszyć?
jest - to poczeka...
droga tak daleka!

nieprawda -
On jest blisko
tutaj!
na wyciągnięcie ręki
a nam tak trudno
jak najprędzej
Małemu się pokłonić

bo z czym tam mamy iść -
z pustymi dłońmi?

przecież wtedy wszyscy
podążali dary składać
a my jesteśmy wychowani
inaczej nie wypada...

gdy puste serca
jak dziurawy dzban -
na próżno w żłóbku
czeka Pan...




WSPOMNIENIE WIGILII Z LAT MOJEGO DZIECIŃSTWA


Ze szklącym się okiem
przywołuję z niepamięci mroku
spracowaną matkę
jak odgarnia włosy
ze spoconego czoła
aby zdążyć
z zastawieniem stołu
przed powrotem ojca

i niesforną gromadkę rodzeństwa
w poszukiwaniu
ukrytych prezentów
gdy już prysła słodka wiara
w szlachetne odruchy
Świętego Mikołaja

i te coroczne łzy matki
przy łamaniu się opłatkiem
jakby przeczuwała
że ta niebiańsko rodzinna
chociaż skromna idylla
skończy się lada chwila...

póki co -
jeszcze błyski w oczach
nie wiem - z radości
czy od zimnych ogni
bo otrzymane podarki
cieszyły tak bardzo
jak dziś nic radować
nie potrafi

no i magia tego wieczoru...
kiedy ojciec spod obrusa siano
wynosił do obory
wraz z opłatkiem
bo tak było przyjęte
że z uczty wigilijnego stołu
muszą coś skosztować
i nasze zwierzęta


dzisiaj spływa łza
na zmycie wspomnień
gdy ojca dawno już nie ma
a dzieci
odfrunęły do swoich siedzib
aby tworzyć tradycje Wigilii
dla własnych familii...

więc teraz kiedy opłatkiem
dzielę się już tylko z matką -
żeby mi serce nie pękło
zaciskam wargi powieki
i w tej kamiennej masce
odgrywam obojętność...



Na pewno byłoby dostojniej
gdyby tu zstąpił z chmur
jak król
długo czekany
witany z honorami

a pewnie
byłoby Mu śpiewniej
gdyby wtórował chór aniołów
a nie zawodził pastuszy tłumek
i ryk bydlątek
beczenie owiec
gęganie gąsek...

a pewnie
byłoby Mu cieplej
w komnatach leżeć -
w kominek drew by dokładali
i ogień trzaskał z bierwion
cieplej by było na pewno...

wygodniej byłoby i nawet
Mu się urodzić w zwykłej chacie
z ludźmi prostymi -
co nad kolebką by się chylili
Maryję doglądali w połogu
a On nie zaznałby twardego żłobu

dostojniej
barwniej i śpiewniej
cieplej
łatwiej i lepiej
pewnie by było...

ale gdzieście to kłaść by chcieli
tę wielką - Maleńką Miłość?

On najbardziej świadom
że byłoby łatwiej...

... ale kto by nas zbawił?



Na wigilijny dzień
i na świąteczny czas
niechaj darzy Was
pełnią swoich łask
Dzieciąteczka moc
w tę jedyną Noc
którą gwiazda znaczy
i na wszystkie dni
pełne znojnej pracy
i na Nowy Rok
i na nowy wiek
gdy uderza dzwon
niechaj bije on
w rytmie zgodnych serc



Na ulicach i placach
tańczą śniegowe płatki
oblepiają szyby okienne
i tak się czule przytuliły
że nic nie widać -
ciemno...

a my zamknięci
w jasno rozświetlonych
klatkach blokowiska
zasiadamy
do wieczerzy wigilijnej
tacy bliscy
w swoim mieszkaniu
zaryglowanym solidnie
przed intruzami

na stole obowiązkowo
jedno puste nakrycie
na czyjeś przybycie...

cóż za obłuda!

gdy nawet przy furtce
fotokomórka
z szyframi domofony...

... i jak tu mógłby wejść bezdomny?

nie zaprosimy Go nigdy
do stołu na Wigilię!
nie poznamy Chrystusa
gdy do nas zapuka
bo Go nie usłyszymy -

już dawno przestaliśmy słuchać!

a za oknem ciągle
śnieżna zawierucha...



NOC POJEDNANIA


Skrzydlata Gwiazda
jak ognisty Anioł
z rozwianym włosem
wiedzie do szopy skromnej

niczym szlachetna strzała
pewnie kierunek nadaje
wszystkim zbłąkanym

możnym i biedakom
biznesmenom i narkomanom
pannom i kawalerom
kobietom lekkich obyczajów
leniwym i nachalnym dealerom
i wszystkim tak w miarę uczciwym
przeciętnym zjadaczom chleba
bo przynajmniej raz w roku - i igrzysk
ludziom tak samo potrzeba

a przecież to Boże Igrzyska
sacrum wcielone
chleb w białym Opłatku dzielony
pośród najbliższych
i nieznajomych

to jakby ciut bliżej nieba
tu się zatrzymać potrzeba
odrzucić uprzedzenia
dmuchnąć na mity
przegnać stereotypy

bo w blasku Gwiazdy
bieli Opłatka -
w tę wigilijną noc magii
LUDZIE POTRAFIĄ NADZWYCZAJNIEĆ

choć raz zadumać się nad losem
i przemówić... ludzkim głosem!



JEST TAKA NOC


Jest taka noc
wieczorną Gwiazdą naznaczona
z siankiem pod białym obrusem
i potrawami dwunastoma

jest taka noc
mocą miłości jednocząca
małym Opłatkiem silniejsza
od rąk splecionych tysiąca

jest taka noc
jasna pomimo ciemności
triumfująca miejscem przy stole
dla nieznanego gościa

jest taka noc
pełna tajemnic i blasku
kiedy zwierzęta mówić potrafią
a ludzie ze sobą - nie zawsze...



NA OPAK?


Dzień bez rymów
okrągłych powiedzeń
uporządkowanych zdarzeń -
chaos...

jedno stanęło dęba
drugie - do góry dnem
następne - tyłem do przodu
wiatr dmuchał w oczy
zamiast w żagle
padałam na pysk
a nie na cztery łapy
(koty to mają szczęście!)

taki diabelski młyn -
kołowrotek
z nicią ciągniętą byle do przodu
(a przecież tylko dookoła Wojtek)

a jakby tego było mało -
pod wieczór upadłam
i przyszło leżeć
aż po zrozumienie
bezsensu gonitwy
i... sensu leżenia



O HEROICZNYM WYBORZE MŁODEJ MATKI


Pochodziła z prowincji
chciała odchować dzieci
ale też realizować się inaczej -
w pracy

jej mąż - mieszkaniec stolicy
dobrze czuł się na tej prowincji
w małym domku
z podwórkiem i trawą
i powietrza bez spalin
ale jako kochający (zapewne)
rozumiał aspiracje żony -
przenieśli się do metropolii

otrzymała ciekawą pracę
(jak zapewniała)
ale
dzieci były nieszczęśliwe
mąż był nieszczęśliwy
a ona chodziła
z czerwonymi oczyma
(bo dziś dobra pracownica
to dyspozycyjna!)

dzieci poszły do przedszkola
do którego ich nie prowadzała
i odbierał ktoś inny

na razie nie czuła się winna...

któregoś dnia
jedna z dziewczynek orzekła
że nie mają mamy!

ale ciągle na nią czekały...


innym razem córka
zamknęła się w szafie
i nie chciała jej opuścić
póki mama z pracy nie wróci...

w pewien czwartek dziecko
nie chciało iść do przedszkola
symulując chorobę
matka wyczuła lęk córeczki
choć ta zamilkła
lecz wypytywana wyznała
że otrzymywany z domu batonik
musi co dzień oddawać
"takim dwom dziewczynkom"

mądra matka w lot zrozumiała
że w metropolii
szantaż i terror
czają się już w przedszkolu

... następnego dnia w piątek
zwolniła się z pracy!

teraz będą wracać...

do swojego miasteczka
i do dawnego ładu -

cieszą się wszyscy
dorośli i mali

... i po co oni tam wyjeżdżali?



Miłość od pierwszego wejrzenia
olśnienie
jak eksplozja życia
efemerydy

miłość wiodąca na szczyty
idealistyczna
egoistycznie zaborcza
jedyna pod słońcem
centrum mojego świata - Węgrów
echo historii

najdroższa ziemia okryta
apaszką błękitu

zachwyt mój
i uwielbienie
euforia
marzeń kres
i szczęścia zenit



Dziś przyszła do mnie miłość
wyjątkowa
okupiona męką krzyżową

najpierw ze wstydu płonęłam
bólem pałałam
że ją zdradziłam

ze skruchą uklękłam
i winy wyznałam
a ona
zdjęła ze mnie garb grzechu -

płakałam...

bo przyszła do mnie MIŁOŚĆ
doskonała
przez okno konfesjonału
rękę mi podała



WIECZORNY RACHUNEK SUMIENIA


Gdy wieczorem rozkładam
szachownicę dnia -
kroplę czasu
w oceanie wieczności
pełna pokutnej skruchy
rozpoznaję mozaikę
pól jasnych i ciemnych

czerń groźnie się sroży
biel uśmiecha pogodnie

w moim wieczornym rachunku sumienia
nie umiem całkiem oddzielić
ciepła od lodowatości
blasku od cienia

targam się
żałuję
przepraszam

i obejmuje mnie skrzydłami
Anioł Przebaczenia



JEST TAKI OBRAZ

Bez nachalnych deklaracji
a ciągle przemawia
bez patosu przepychu blasku
bez wytwornych szat

w ołtarzu bocznym
Bazyliki Węgrowskiej
jakby trochę ukryty
a jakże widoczny
nowy obraz
Jezusa Miłosiernego
od którego
nie odrywam oczu
zatopiona w dwie smugi -
otchłanie
zdroje niewyczerpane
miłosierdzia
przebaczenia
zaufania

patrzę na bezdenną głębię
cudnych oczu
ca łagodnie lecz uporczywie
szukają w tłumie
oczu twoich i moich
i obiecują najszczerzej
nieograniczone miłosierdzie
więc topnieję
pod tym spojrzeniem


potem patrzę na prawą rękę
wzniesioną błogosławiącym gestem
i lewą dłoń spoczywającą na sercu
skąd płynie
to niewyczerpane miłosierdzie
widzę stopy
bezbronne i bose
ze śladami krzyżowych ran -
oto Pan...

więc czemu po wyjściu z kościoła
wszystko na nic?
gdy już nie patrzę na Ciebie
Jezusie -
obojętnieję
kamienieję w bezruchu
i znów ogarnia zwątpienie

przeto jeszcze raz przywołuję
tę z bocznego ołtarza Postać -
wiecznie otwarte serce
zawsze gotowe przygarnąć ręce
ocean miłości w oczach

Jezusie Miłosierny z obrazu
w dostojnej świątyni Węgrowa
co blaskiem rozjaśniasz jej mroki
w obietnic bezgłośnych słowach -

patrzę na Ciebie raz jeszcze
i już wiem, że od nowa
jestem zaufać gotowa!



KOCHAĆ

Panie
bliźnich kochać trudno -
jeden łajdak
drugi głupiec
następny obłudnik

a Ty umiałeś jednakowo
brać w ramiona
Piotra i Łotra
przebaczyć Magdalenie
pochylić się
nad jej starganym życiem
sumieniem
i włosami
którymi wytarła ci stopy
zroszone własnymi łzami

a ta względem Hioba
to tez miłość
choć niemożliwym pojąć
na ludzki sposób
że i tak można kochać

więc czemu w naszym życiu
tak mało miłości
zwyczajnej
prostej
bez patosu
a najmniej takiej
co to niby nic takiego -
kochać innych
jak siebie samego?



WSPOMNIENIE NABOŻEŃSTW MAJOWYCH Z LAT MOJEGO DZIECIŃSTWA


Pamiętam,
jak dziecięce nóżki małe
niestrudzenie po łąkach biegały,
aby pęki niezapominajek,
rumianków i stokrotek
tak ogromne,
że wypadały z drobnych rączek -
do kapliczki przynosić.
Bo to i na bukiety
(takie w słoikach zwykłych,
lecz koniecznie po obu stronach,
żeby było symetrycznie);
inne na wianek - koronę
dla Maryi,
aby jej było ślicznie i do twarzy
według dziecięcych marzeń...

A gipsowa figurka wypłowiała
w kapliczce przydrożnej
wdzięcznie dary przyjmowała
dziękując uśmiechem pogodnym
bo z czystego serca
i niewinnych rąk kwiatki
podobały się Maryi - Matce.

Tu codziennie gromadził się tłumek,
by Ją wielbić modlitwą
i śpiewem - jak umiał.

A gdy pieśń donośnie huknęli
"Gdy wieczorne wzejdą zorze..." -
mój Boże! -
ten hymn wieśniaczy się rozlegał
aż w wioskach okolicznych,
a niósł - wprost do nieba!
Kołysał serce, duszę zalewał
i drżące płomyki świec niemal gasił.
W takim śpiewie i zjednoczeniu
wszyscy trwali:
bezzębni starcy,
kobiety poczciwe
i my - mali...
I niestraszne było
komarów kąsanie,
których całe chmary
przylatywały,
i niestraszny chłód
czasem bliski mrozu
(dygotał, kto się dobrze nie odział).

Klęczały nóżki małe
na gołej ziemi...
Wprawdzie nie zawsze
całkiem rozmodleni,
bo były i chichoty,
i gorliwych matek szturchańce,
i groźne miny dewotek.

Potem,
jak już zarządzono pacierze -
ustawialiśmy się
w bojowym szeregu
na wyścigi, kto pierwszy,
by pogasić świeczki.
Rywalizacja była prawie sportowa;
wygrywał najszybszy,
a nazajutrz wieczorem
to samo od nowa,
bo liderów było kilkoro.

A tę pieśń
"Chwalcie łąki umajone..."
kocham do dziś tak samo,
bo w dzieciństwie
tyle kwiatów na tych łąkach
dla Maryi zbierałam
jak ktoś czule zakochany.

Dziś stoją w kościołach
kwiaty w kryształowych wazonach,
drogie i przepyszne kwiaty.
Nie ma już ofiary małych serc,
szybkich nóg i drobnych rączek...
Matko - co Ty na to?



Mała kropka na mapie
i cienka nitka Liwca
a jednak te znaki
serce moje przykuły
tytanowym łańcuchem
osaczyły na zawsze

może gdzieś miejsca bogatsze
okazalsze zabytki
jednak ten skrawek ziemi
epatuje pięknem niezwykłym

najdroższe miasto świata
adres prosty -
jakie imię jego?
bazylika mniejsza
lustro Twardowskiego
i wiadomo od razu
że to Węgrów
serdecznie wita
zamaszystym objęciem drogowskazów
entuzjazmu gospodarza


Czas tu przeżyty -
opoka mojego wczoraj i dzisiaj

kolebka tolerancji
ostoja tradycji
chlubna przeszłość
heroizm przodków
absolutne piękno
miasto moje - Węgrów



SPÓŹNIONA TĘSKNOTA?


A miało być inaczej -
suknia z welonem
wianek
z wybrańców wybranek
pewnie gromadka dzieci
obrus w kratkę na stole
zabawki na dywanie
śmieszny plakat na ścianie
zwyczajnie...

On wracający z pracy
(być może
w złym humorze)
jakieś żale
potem przeprosiny...

czas płynął -
świat pozostał
jaki był...

...a może całkiem inny?



MODLITWA NIEPOKORNA


Ojcze nasz
który jesteś w niebie -
dziś modlitwę niewyuczoną
zanoszę do Ciebie

imię Twoje niech się święci...
wszyscy lubimy
mieć bóstwa na podorędziu
w razie tonięcia

i niech przyjdzie królestwo Twoje -
kiedyś tam...
ale dzisiaj
pozwól rządzić nam
(choć rządy to marne!)
wszak dałeś nam wolną wolę
teraz nie możesz jej zabrać!

wprawdzie nie zawsze moja
z Twoją się zgadza -
lecz za przywileje raz nadane
nie powinieneś karać!

chleba - tak
daj mi
nie tylko na dzisiaj
także na jutro pojutrze
i zawsze do syta
najlepiej za darmo
mnie nakarm

i odpuść mi winy...
chociaż niełatwo Ci będzie
ale Ty
nie tak samo jak ja -
pięknym za nadobne
przecież
jesteś samym Dobrem

i nie wódź na pokuszenie
na wykroczenia przymknij oczy
bo z pokusą niełatwo walczyć

ale ode złego? -
o! zbaw mnie!
chyba wybaczysz...



MODLITWA PORANNA


Otworzyłeś przede mną Stwórco
nowego dnia furtę

na radość i na smutek
na łaskę i niełaskę
na pragnienie
spełnienie i niespełnienie
na słońce i na chmury
na lekkość sumienia
lub jego ciężar ponury
na pogodę i deszcz
na skowronka śpiew
na szyderstwo i kpinę
na skruchę i na żal
na przyjaźń i na wraży gniew
na uciechę i bal
na spożywanie chleba powszedniego
albo i na brak jego
na błękit nieba
szum zboża w polu
chabry maki kąkole
na lasy wody przestworza
na pracę
aż boli głowa albo kark

wszystko przyjąć jestem gotowa
z nadzieją
że moje dzisiaj
dane mi nie ostatni raz...



BŁĄDZIĆ

Patrzeć nie widzieć
słuchać nie słyszeć
głowa w obłokach
gdzieś się kołysze

chodzić jak robot
komputerowy
bezduszny zimny
choć kolorowy

jak pajac sztywny
na sznurku kroczyć
tam gdzie poniosą
zamknięte oczy...

... rąbnąć łbem w drzewo
aż w mózgu świeczki
aż się rozpali
obłok niebieski

aż błyśnie jasność
przejrzeć na oczy
i się zadziwić
i zauroczyć

i aż iskierka
tego płomienia
rozjaśni gęste
mroki sumienia

roztopi duszę
rozleje ciepło
zmiękczy lód serca
przybliży niebo



MIŁOŚĆ


Głowa zajęta od rana
sterta rzeczy do prania
nie wszystkie szyby umyte
dzieciakom posprawdzać zeszyty
pies skubnął psa sąsiada
trzeba to jakoś obgadać
rachunki do zapłacenia...

... a przecież do zbawienia
potrzeba tylko miłości
tej od razowca prostszej
a nie błyszczącej od święta
co jak srebrny balon nadęta

jest miłość nieba warta
której praktyczna Marta
w krzątaniu swym nie dostrzegła...

...i tylko ta Marii pewność!



PROŚBA O WIARĘ


Wołam do Ciebie Panie
z mojej roztrzaskanej łodzi
ja zagubiony rozbitek

spraw niech rozstąpią się fale
chcę iść do Ciebie
zanim łódź się wywróci
a tu stale
ta morska toń
zanurzam stopę z obawą
że pójdę na dno

kłębią się morskie bałwany
gdzie się ukrywasz Panie?

podaruj mi wzrok widzący
co zobaczyć warto
i racz uczynić ślepcem
gdy na niegodziwość
patrzeć wypadnie

przywróć ostrość spojrzenia
błagam o łaskę
abym dojrzała
z tonącej łodzi Ciebie
oraz tę ścieżkę
która tam wiedzie
po wodzie

chociaż się lękam
bo pełno jej wszędzie



DWA ŚWIATY


Nie potrafię
zrozumieć tego Panie
że istnieją dwa światy
jeden dla biednych
drugi dla bogatych

nie mogę uwierzyć
że pozwalasz na to
by jeden spleśniałą bułkę
ze śmietnika wykradał
a drugi sumienie zatracał
od nadmiaru bogactwa

a przecież stworzyłeś
jeden wspólny dostatni świat
i tchnąłeś weń miłość

więc czemu z tego ziarna
wyrosła nienawiść tak wielka
że uparcie i wytrwale
sami sobie gotujemy
piekło na ziemi?



KILKA PYTAŃ

Bądź wola Twoja Panie
gdy świeci słońce i deszcz pada
gdy sąsiad bogaty
a ja biedny jak mysz kościelna
gdy kogoś wynoszą na ołtarze
i przyznają medale
(za życia czy pośmiertnie)
a ja nad swoja nędzą płaczę
gdy ptak głośno kwili
bo mu gniazdo rozwalili -
musi się jakoś pozbierać biedaczyna

ale czy zgodnie z Twoja wolą
umierają dzieci z głodu?
ginie w wypadku
żywicielka matka?
czy to możliwe
by za boskim przyzwoleniem
trup się słał na wojnie
wymyślonej przez ludzi
pozbawionych sumienia?

przecież słyszysz szloch
matek i żon -
czy któraś z nich potrafi wołać
bądź wola Twoja?

łatwo powtarzać
modlitwę jak frazes
póki cierpienie nie dotknie naprawdę
więc w niezmierzonej łasce swojej
nie żądaj od nas
całopalnych ofiar



ODWAGA

A może wcale nie trzeba
pokornie karku giąć
przed figurkami z wosku
bo same kiedyś legną
rozgrzane od urojonego blasku?

a może jednak warto
stać hardo na straży
resztek przyzwoitości -
tak poniewieranej
znieważonej do ostateczności?

ale co znaczy
taki jeden człowiek mizerny
marny bohater
bezimienny heros
bez zaszczytów nazwiska
stanowiska
bez błyszczących orderów?

może to właśnie...
że jeśli nie zegnie karku
pozostanie prężny i hardy
jak żaba się nie rozpłaszczy
nie będzie łapczywie połykał
powietrza ze strachu...

wtedy przed jego postawą
wyprostowaną
godną chluby -
runą sztuczne małpoludy!



POEZJA

W mgielnej sukni ona nie przychodzi -
raczej w zgrzebnej koszuli
bo poezja najczęściej się rodzi
z brzemienia bólu

jest burzą z wichrem i deszczem
gdy wiatr w swoje szpony serce
wyrywa ku obłokom
huczącym jak kamieniołom
wpierw gromem przeszywa duszę
nim legnie na białym arkuszu

czasem oczy bielmem zatyka
i prowadzi jak lunatyka
po cieniutkiej krawędzi
chwiejnej egzystencji...

niełatwo być poetą
ni żartem ani serio -
a jednak sama ręka
uparcie po pióro sięga!



WYSILIĆ SIĘ NA WIERSZ

Wysilić się na wiersz
to jak urodzić krowę
od razu dorosłą
a nie jakieś cielę
co by patrzyło
na malowane wrota
żeby było weselej

wtedy boli
każdy szczegół ciała -
głowa puchnie
ręka omdlała
oczy z orbit wychodzą
(piszący na komputerze
płaczą sztuczną łzą)...

... i po co?
dziś poezja niemodna
tomiki kurzem pokryte
jest wiele mądrzejszych książek
a wierszy szufladowych
pies z kulawą nogą nie trąca
(niestrawne?)

i tylko ręka nawykła
do rychłego utrwalania tego
co się urodzi w głowie
(nawet o tej krowie)
natrętnie notuje
czasem bez sensu słowa
bo pióro poety zawsze gotowe

śpię z nim pod poduszką -
a nuż się przyśni poemat?
wtedy
napiszę nawet po ciemku

na razie -
strasznie się wysilam
jakbym ciągle
tę krowę rodziła
łaciatą
i... rogatą!



ZIMOWY OBRAZEK


Zawiało zasypało
nie widać
że kołek w płocie był krzywy
a innego brakowało

ukryło nagość pól
szarość podwórek
koszmarne ozdoby
nowobogackich ogrodów

wybieliło co brzydkie i brudne
świat jakby wyświąteczniał
nakryty lśniącym obrusem

zamalowało nędzę
za małym okienkiem
ciekawskich spojrzeń
pozbawiło dostępu

każdy skrył się w swojej norce
że nie wysadzaj nosa
i jak potrafi się grzeje -
jeden przy piecu
inny z pomocą decybeli
ktoś szepcąc modlitwę
za opuszczonych i wyziębionych

bo w modlitwach
łatwo być szczodrym
ale drzwi bezdomnemu
nie otworzy...



POCHWAŁA OGNIA


Lubię jak w piecu
trzaska wesoło drewno
czulę się wtedy do ognia
co rozgrzewa moją krew
aż po pełnię pulsowania

jestem Westalką
strzegącą ogniska
swoim gorącym sercem -
kaskadą iskier

kaloryfer nawet gorący
zawsze zimny i martwy
bo kawałek rozgrzanej blachy
pieca nie zastąpi
nie stworzy klimatu

on po prostu jest
i grzeje
ale serce od tego
nie ciepleje

i tylko mogą
się wymądrzać ekolodzy
na dym i sadzę kręcąc nosem
ale od tych protestów
gabinety psychiatrów
jakoś nie pustoszeją



ZMARTWYCHWSTANIE

... rozkołysało oziminę
i triumfalne sztandary

rozzłociło kaczeńce
jak koronę zwycięstwa

rozdzwoniło skowronki
i serca na rezurekcję

rozbłękitniło niebo
nad głowami niedowiarków

otwierając szeroko Bramę Zbawienia
przez cud Wielkiej Nocy



WIDZIAŁAM ŚMIERĆ PTAKA


Runął niczym wprost z nieba
osuwając się
po nieczułych konarach drzewa
szaropiórym bezwładem bólu

zrezygnowany spadochron skrzydeł
kłębiąc się zaplątał i utonął
w dzikiej gęstwinie chwastów

ostatni żałosny krzyk
rozdarł ciszę konania
w daremnym S.O.S.

legł w niewybranej mogile
otulony całunem łopianu
a las pokrzyw mu szumiał
cichy nokturn pożegnania

śmierć pożal się Boże -
"przyczyna zgonu nieznana"

...a moje serce płakało w nocy
po swoim bracie mniejszym


Ewo -
dlaczego
tak kusiło cię to drzewo?
pociągał smaczny owoc
chociaż wiedziałaś
że otworzą się oczy...

żeby tak jednym kęsem
zawalić sprawę na wieczność
wszystkim swoim dzieciom!

a moglibyśmy
żyć w raju do dziś
w błogiej niewiedzy
bez nędzy
chorób
śmierci
i tych wszystkich
plag egipskich

ale ty po babsku
nie wytrzymałaś -
jeszcze Adama
poczęstowałaś!

i tak oboje
posiedliście owoc poznania
dobra i zła

odtąd wszyscy
ciągle musimy wybierać
a moglibyśmy
nie znać
nie musieć
nie wiedzieć...

byłby to
zaprawdę Eden!

... i co ty zrobiłaś Ewo?




I czemu ona tak rozpacza -
czy nie można inaczej?
jakoś z godnością
podniesioną głową
a nie za wszystko jego winić
i jednocześnie kochać
jak nikt inny...

wiem -
rozwalił rodzinę
a ona tłumaczy
że ten płacz
to za dzieci krzywdę
że jakby już nie miały ojca
(choć "ma z nimi kontakt")

ale przecież sama
też ciągle go kocha!

czy z takiej miłości
nie można się wyleczyć?...

widać najbardziej
ślepe i głuche
(i głupie?)
jest serce...

a może tylko potrafi
najpiękniej wybaczać?

... jeśli się kocha naprawdę!



AUTODIALOG POETY

Zdawałoby się -
pisać wiersz
to nic prostszego
to jak lepienie z gliny
dowolnych kształtów
gdy gładka masa
sama wciska się między palce...

... a tak naprawdę
to trzeba granit kruszyć
potężnym obuchem
i łamać ręce

że to z tym wierszem
to jak szycie zgrzebnego worka
grubą nitką
(w dodatku na okrętkę)...

... ale bywa to
drapowaniem jedwabiu
niezwykle misternie

że poezję tworzyć
to jak drapakiem
zamiatać schody
byle jak
aby do przodu...

... gdy tymczasem
trzeba pyłek strząsać
leciutkim piórkiem
z bezcennych książek

że być poetą
to iść przez pole
i gwizdać na wszystko...

... a to akurat
bosą stopą
chodzenie po ściernisku
co kłuje niemiłosiernie

takie ciernie
wbijają się w serce
i tylko wtedy
powstają prawdziwe wiersze

<

ŚWIATŁO(ŚĆ)

W domu masz elektryczność
i wiele żarówek
(Edisonie - wielkie dzięki!)

kiedy robi się ciemno -
po prostu naciskasz kontakt
i pojawia się blask

a gdy mrocznieje w duszy
i horyzont twojego nieba
przesłaniają chmury -
szukaj kontaktu!

połącz się z NIM
najjaśniejszym światłem -
od razu zrobi się inaczej

jest taka łączność
korzystaj z niej często
i nazywaj jak chcesz -
modlitwą
medytacją

ale tylko
w takim stałym kontakcie
i ty będziesz jaśniał



Pobita i posiniaczona
przez tak zwane okoliczności
pętam się
od kryzysu do sukcesu
poprzez nijakość

czasem idę do świątyni
gdzie się wcale nie modlę
tylko wypełniam
kawałek Dekalogu

moją modlitwą
może być tylko poezja
bo w wiersze
wkładam serce
obnażam duszę
i korzystam ze źródła
które On wlał we mnie

właśnie wtedy jestem
z Bogiem najwięcej
najbliżej
i czuję
że On jest przy mnie

ale nawet
gdyby przede mną uciekał
(wiadomo że akurat goni!) -
ja Go zawsze
w swoich wierszach odnajdę
nawet w tych prostych
i pozornie zwyczajnych



Panie -
jestem Łazarzem
wczoraj
Twoim uczniem
ale dzisiaj
też nie chciej mnie porzucać
kiedy
umarła moja dusza
zdrętwiała
i skostniała
tężeje...

ratuj!
nie pozbawiaj nadziei
przez wzgląd na to kiedyś
gdy czułam niebo
bo dziś -
martwieję...

Panie -
każ mi wstać
natychmiast!
wstanę...
tylko mi jeszcze pozwól
palce włożyć
w Twoje rany
krzyżowe
bym miała pewność
kto mnie wskrzesza

chociaż
wiem dobrze
że
to wyłącznie Twój atut -
ratuj!



NADZIEJA

Przemykała się chyłkiem
opłotkami -
skurczona
zdeptana
i niepewna
jak znak zapytania

wcisnęła się w kąt
żeby jej nikt nie zobaczył
(gdzie jej tam do ludzi!)

przycupnęła lękliwie
na krawędzi marzenia
i trwożnie pukała do drzwi
jeszcze lekko niedomkniętych



SPÓŹNIŁAM SIĘ

Spóźniłam się na pociąg -
odjechał
jak upiorna gąsienica
to nic
mogę poczekać
w tej drodze donikąd

spóźniłam się na bal -
już świta
tancerze i biesiadnicy sunęli
jak zjawy upiornie świetliste
w korowodzie nie z tej ziemi

spóźniłam się na spotkanie z życiem...
mijaliśmy się obojętnie
pełzający po różnych orbitach
ślimaczą drogą okrężną

spóźniłam się na skruchę i żal
serce zastygło i skamieniało
w martwy
nieczuły głaz -
wreszcie skonało

spóźniłam się na miłość!
gorejącej świecy ogarek
już się dopala
ostatni płomyk gaśnie

spóźniłam się na miłość ...
to straszne!



LICHWIARZE

Dajemy
żebrakowi bułkę
garść zbędnych rzeczy bezdomnym
nędzarzowi grosik
jak srebrnika

obdarzamy
znajomych nieznajomych
uśmiechem zbyt często krzywym
uściskiem bezserdecznym
pocałunkiem judaszowym

gromadzimy
złudne zasługi w banku życia
i chytrze lokujemy
na wysoki procent
a już niebawem
chciwie żądamy
by nam zwrócono w dwójnasób

tak balsamujemy
swoje drżące sumienia -
bezduszni lichwiarze
bez twarzy!



Moje zdrowie
wątłe i chrome
kalekie i ułomne
reperowane
łatane
cerowane
dokarmiane garścią chemii
słaniając się chwytało
niewidzialnej poręczy
i kłaniało w pas
luminarzom w białych kitlach
by się oddać pokornie
w ich szpony



STARUSZKA MATKA


Zawsze nakryty stół
otwarte drzwi i serce
nieustannie ranione
nieprzybyciem daremnie oczekiwanych

ręka nawykła
do obsesyjnego uchylania firanki
oczy zmęczone
od ciągłego wyglądania spoza niej

przedwcześnie umarła
brakiem odzewu
na swoje nieme wołanie

a jednak czeka
karmiona
nikłym promykiem nadziei
co tli się
coraz bardziej niemrawo


NOC

Granat przechodził
metamorfozę
w gęstniejącą czerń
rozrzucając hojną dłonią
sporą garść świecidełek
by przykryły kopułę nieba
obrusem
w złocisty rzucik
a Pan Bóg
uśmiechał się dobrodusznie



Panie -
jestem Twoim wybrańcem
mam tu
zielonych pastwisk dostatek
i wszelakiej strawy -
dobra dla duszy
piękna dla oczu
dźwięków dla uszu

tyle tych skarbów
otrzymanych za darmo
że moja wdzięczność
powinna stale
tkwić na klęczkach...

tylko dlaczego
z obfitości pokarmu
tak często wybieram
ten całkiem niestrawny?



Dziękuję Ci
że mogę jeść
tak zwany lekki chleb
i wiem
że to sprawiedliwe
bo moje ciało
takie niedoskonałe

nogi chore
ciężki oddech
pot na czole
przy lada okazji
(nawet bez pracy)

wcale
się nie żalę -
Ty dobrze wiesz
co robisz
a ja bym chciała jeszcze ciągle
Ciebie przemądrzyć...



O CZTERECH PORACH ROKU WIERSZ PISANY ZIMĄ

Zima tka
misterny płaszcz
i szczelnie otula
każdy zaułek

wiosna wszystko odziewa
w potok zieleni
radośnie go tocząc
strumieniem nadziei

lato zalewa słońcem
od końca do końca
i ogrzewa
tych co chcą i nie chcą
bo im gorąco

jesień
boski cykl zamyka
purpurowo - złotym kluczem
żeby go potem
wielokrotnie powtórzyć



MATKA KALEKI

Dźwiga ten słodki garb -
brzemię ułomności swojego dziecka
ale dla niej to beczka miodu
przyprawiona zaledwie
łyżeczką dziegciu

ktoś podsypał miarkę goryczy
lecz ona
prawie jej nie odczuwa
nie liczy

bo to jej najcenniejszy skarb
i najdoskonalsza miłość
co pięknem urzeka
jak ta boska
względem ułomnego grzesznika
która garbu nie widzi
tylko człowieka!



ŚWIATŁO


Światło jest blaskiem wtedy
gdy się wyłania z ciemności
jak tratwa ratunkowa
wśród morza obojętności

to okruch serdeczności
płynący z serca co było
już lodu bryłą

to ciepły dotyk dłoni
kogoś dawno nie spotkanego
gdy nagle przyjdzie
w długo odkładane odwiedziny

to skalna półka
na drodze taternika
którą wyczuła noga
w odpowiedniej chwili
jak poręcz nad przepaścią
w ostatnim akcie dramatu

światło to lampka
rozświetlająca mroki
błądzącym
we wszystkich labiryntach
rzeczywistości



BYĆ CZŁOWIEKIEM...

...to temat
niby taki banalny!

zawiera wszystko -
i gromadę plew
i mieszek ziarna
i przyjaźń
i gniew
smutek rozpaczliwy
ekstazę bliską nieba
cierpienie którego
opisać się nie da
wybaczanie
po siedemdziesiąt siedem razy
albo pielęgnowanie urazy

to świetlisty poranek
i gwiezdna noc
burza z piorunami
zamiecie i wichury
w gniewie natury

to ciepły
dotyk ręki
i zimny pocałunek
jak ostatni gwóźdź do trumny

to podziw i zawiść
miłość i nienawiść...

być człowiekiem
dlatego
tak wiele ma znaczeń
że zależy -
być jakim!



Płaszczyzna pól
otoczona
dywanem łąk
lasów szpalery
aksamitne zielenią
sznureczki rzek
i rozlewisk -
etos nadziei...


może przetrwa
oddalone od metropolii
jedyny azyl -
echo pradziejów

>

Mgły nad zalewem
i rosa pod wieczór
ażur rzęsy na tafli
starorzecza
trawy nad brzegiem
otulają leniwy nurt rzeki

najzieleńsza zieleń
apogeum piękna -
dar otrzymany bez zasług

Liwiec - moja rzeka
i najdroższa okolica
węgrowskie klimaty -
czasoprzestrzeń w lustrze wód odbita
emanuje
miasta oddechem



Byłam leszczyną
brzemienną
ciężarem
drobnych skarbów
od których aż się gięłam

i nagle -
bez przyczyny
bez wyroku
spadł na mnie
okrutny akt zemsty losu

oberwano mi liście
potargano gałęzie
i wydarto serca
moim dzieciom -
wcześniakom
które
miały się urodzić
siłami natury
normalnie
jesienią

a tu nawet
nie zrobili cesarskiego -
wszystkie umarły...

stałam naga
pusta
wylękła
i drętwa
jak z kamienia...

tak dawno temu
oskalpowano moje marzenia



I ustawili się szeregiem
spragnieni
po artykuły pierwszej potrzeby

miłość jak na lekarstwo
podanie ręki nad przepaścią
po bezpieczeństwo
bo zabrakło
powaleni chorobą - po zdrowie
głodni - po chleb powszedni
z przesytem dóbr - po wrażenia
z nadmiarem wrażeń - po święty spokój
uśpieni - po marzenia
znużeni monotonią - po nowość
bezkształtni - po charakter
po ciepło - bezduszni...

a nie był to hipermarket!
i jak tu wszystkich obsłużyć?



Donośne bicie dzwonów
wzywa na rezurekcję

pójdźmy więc tam czym prędzej
na uroczystą procesję
i na dziękczynienie
ze zmartwychwstania Chrystusa

niech radują się dusze -
Alleluja!

a potem
w domach
dzieląc się jajkiem święconym
oddajmy sobie serca

wtedy
na obrusy lśniące bielą
sfruną anioły z niebios
nadstawią uszy baranki
pokraśnieją pisanki
zaszumi owies zielony
uśmiechną się bazie w wazonie
a wielkanocne stroiki
zapłoną gorącym podziwem
dla cudu tego
że Jezus Chrystus
zmartwychwstał
dla każdego



Za wcześnie przyszłaś
zdecydowanie!
choć nigdy nie proszona
ani oczekiwana

za rano wstałaś
teraz -
południe dopiero
do wieczora jeszcze daleko

po co tak szybko przybiegłaś?

i cóż to za dary przyniosłaś?
srebro we włosy
łamanie w kościach
wieczne zmęczenie
niechcenie
sto chorób naraz
a jako zapłatę -
blask oczu zabrałaś...

choć dobrze wiedziałam
że kiedyś przybędziesz
ale ty pospieszyłaś się -
niepotrzebnie!

a chciałam wierzyć
że będziesz
pogodna
i złotojesienna



Wciąż pozostanę pytaniem
wyjętym z Biblii rozdarta -
czy jestem bardziej ta Maria
(co lepszą cząstkę wybrała)
czy też pragmatyczna Marta?




Jestem opadłym liściem
leżę
pod drzewem
i patrzę w górę
na drzewo
które
pozostawiło sobie
jeszcze tyle ozdoby -
mnóstwo zielonych liści
zdrowych
soczystych

a ja? -
pożółkłam
zardzewiałam
przegniłam
i drzewo
się mnie pozbyło
jak intruza
którego
nie sposób
trzymać dłużej

przecięło nitkę liścia
łączącą z matką - życiem
powoli schłam
więdłam
marniałam
i bez pokarmu -
umarłam...

co teraz ze mną będzie?
zaraz ktoś
wdepcze w ziemię
przygniecie...

już lepiej
żeby zagrabili
i spalili
jeszcze raz bym buchnęła
ognistym płomieniem -
ostatnim...

i z rezygnacją
poddałabym się
kremacji



NIEPEWNOŚĆ

Oglądam
swoje dyplomy
zaświadczenia o ukończeniu
wyróżnienia
podziękowania
o przyznaniu nagród - powiadomienia
odznaczenia
zaproszenia
zapiski
pamiętniki -
wspomnienia...

czytam
ból za serce chwyta!

czy pozostaną po mnie
tylko te kartki
które
wiatr będzie targał?
czy nie zapomną
potomni
że istniałam naprawdę?

że żyłam
żarliwie kochałam
cieszyłam się
i płakałam
tworzyłam
cierpiałam?

czy uwierzą
że...
istniałam
nie tylko na papierze?!



I przyjdzie wysiąść
na przypadkowym przystanku życia
w najlepszym razie -
na przedostatnim...

nie umiera się na koniec
lub przynajmniej
na żądanie
zawsze
odchodzi się przed czasem

i pozostaną
słowa niewypowiedziane
fotografie niewywołane
dzieła niedokończone
miłość nie okazana
dług niespłacony
sprawa nie załatwiona
lekcja nie odrobiona...

choć TAM -
egzaminy z czego innego!
z tej miłości
proste...

ale czy wystarczy
gdy postawią na wadze?

tymczasem
dzień za dniem
nie pamiętamy
że...
odchodzi się zazwyczaj
gdzieś tak w środku życia

hm! śmierć...
i tylko szkoda
że ten kres
to już ani przed siebie
ani wstecz -

a tu zawsze pozostanie nienapisany
ten ostatni wiersz...



Ciągle
jestem wędrowcem
pątnikiem
teraz tkwię
na rozstaju dróg
i nie wiem
którą pójść
ani kogo spytać

zamykam oczy
i ruszam przed siebie
jak ślepiec

idę
i się potykam
o wyrwy
kamienie
korzenie
wdeptuję w kałuże
moczę nogi
a słońce praży głowę

potem
wiatr się zrywa
targa mną
jak trzciną (Pascal!)

już wiem
że błądzę
nie tą drogą poszłam
trzeba wracać
by odnaleźć
święte miejsce -
sanktuarium
co jest we mnie...

nie sądziłam
że to taka trudna droga
a spóźnić się nie mogę!
muszę dotrzeć na czas
by ucałować święte progi
i schody
co trapem do Boga

pokochać...



Czemu dni takie krótkie
że za blisko do jutra
niczym
strzelił z bicza?

dlaczego
czas tak pędzi
jak oszalały rumak
na gonitwie?

on nie musi się ścigać!
i tak zwycięża
i tak wygrywa...

my odejdziemy
z pamięci
a on
pozostanie na wieczność
i będzie gonił
potomnym

ich dni będzie odliczał...



A może mnie wcale nie ma?
może to tylko
jakieś odbicie w zwierciadle?

takim normalnym
co z lewego robi prawe -
bezprawnie!

może mnie nigdy nie było?
może się wszystko przyśniło?...

...tylko skąd ta miłość?
najprawdziwsza -
choć jej ani zobaczyć
ani dotknąć
ani usłyszeć

fizycznie -
nie waży nic
i jest bezkształtna
chemicznie -
bezwonna
i bezbarwna...

...tylko boli naprawdę!



Klęczę
przed wierszem
nieznanego poety
bo wiersz
przeszył na wylot
jak sztylet -
runęłam!

i milczę
w obliczu dzieła...


*


Czy po mnie pozostaną
tylko te luźne kartki
moich wierszy
targane na wietrze
poniewierane

czy ktoś zechce
je zebrać
wziąć w ręce
i spełnić testament?



Kwitniesz we mnie
cierniem
moje cierpienie

ale to jednak
kwitnienie
a nie jakiś schyłek
konanie
więc przez wzgląd na nie
rozwijam się
rozkładam czarne skrzydła
krukowi podobna
czaję się
chwytam pokarm
co wyłożono mniejszym
głodniejszym

...czy może być
ktoś mniejszy ode mnie
skoro większe
nawet te ciernie!?



Moja miłość malutka
skąpa
sączona po kropelce
nigdy nie spadnie
ulewnym deszczem

moja miłość ułomna
jak ślepiec
oczy zasnute ma bielmem
a taka oporna
że nie pozwala nawet
prowadzić się pod rękę

moja miłość uparta
krnąbrna
bardziej od osła
nie chciała mnie słuchać
na przekór - rosła
piękniała
potężniała
aż... spotkała ją kara!

moja miłość ukryta
głęboko
na dnie kufra schowana
którego wieka
nie otwieram
bo kiedyś zawiodła

moja miłość obłędna
trzymana w klatce
na uwięzi
zakuta w kajdany żelazne
bo ją przyłapano
że była za bardzo...



W poczekalni lekarskiej siedzę
przed gabinetem
i patrzę na tę nędzę
i słucham narzekań

najpierw o tym
kto ile daje doktorowi
(choć to placówka
publicznej służby zdrowia!)
albo że wcale nie daje
bo go nie stać
bo bez łaski
z oburzeniem -
co za czasy!

potem o lekarzach
że jeden
to do rany przyłóż
a inny
bez koperty - nie przystępuj
no i że w Warszawie...

i jeszcze -
jakie leczenia metody
a jaka opieka
a gdzie sprzęt najdroższy
a jakie przepisują leki
a jakie zabiegi

i przede wszystkim
o chorobach -
istna licytacja!
na wyścigi i na punkty
kto na co i kiedy zapadł
gdzie i u kogo się leczył
a kto wycierpiał więcej
kto chorował dłużej
a czyja była cięższa...

wychodzi na to
że kto najefektowniej
potrafi udowodnić
że najbardziej chory -
wyrasta na herosa!

ogólne kiwanie głowami
przytakiwanie
narzekanie chórem
które
przerywa tylko
"następny proszę!"



Chciałam chwycić za pióro -
opisać
bóle nie do opisania
trwogi i drżenia
zażalenia
na oczekiwania
nie do spełnienia
na chytrych
chciwych
żądnych
na obłudę w poglądach
na niesprawiedliwość
tych co na czele
w rządzie
w sądzie
w kościele
na twarze roześmiane
w krzywym grymasie
na powszechną biedę
na oszustwa w mediach
na choroby jak klątwę
na oczy wilgotne

już chciałam otworzyć usta -
zamykam...

... błogosławieni
którzy siedzą cicho?



POJEDNANIE


Taka radość
że i łzy za małe

taki spokój
że milknie serca łopot

taka cisza
że moja nieporadna wdzięczność
ani jej pięt nie sięga

taka łaska
że każde dziękowanie
będzie farsą

taka miłość
nieekonomiczna
co nie rozlicza
a przebacza bez końca

taki żal
że się znów nie udało -
przepraszam...

więc jak mam wyrazić
tę ogromną radość?

milczę
i łzy liczę...



Mam dwie puszki
równe potęgą
aby stworzyć
niebo i piekło

noszę je w sobie
schizofrenicznie - obie

jedna -
klejnotów cennych pełna
miłości
dobra
piękna

druga -
szczelnie zamknięta
a w niej - same szkaradztwa
chciwość
nieżyczliwość
zazdrość
obłuda
i inne paskudy

obie szkatułki
pilnie chronię
i rzadko
zaglądam do nich

pierwszej -
wolę nie ruszać
bo...
w dawaniu
nie jestem rozrzutna!

u drugiej
zawisła kłódka wielka
z lęku -
tak się boję
by nie otworzyć
mojej puszki Pandory...



Każesz mi wić -
wiję
starganą życia nić
a barw tęcza -
wiadomo -
dobrze wstrząśnięta
daje dwa odcienie
biel i czerń
pomiędzy nimi
szarość codzienną
i tej najwięcej

każesz mi prząść -
przędę
swój los i biedę
jak potrafię
lepiej
żebyś to Ty
wziął go w swoje ręce
bo ja
zaraz znowu coś pokręcę
o! już nić się plącze i mota -
na nic cała robota...

każesz mi zwijać -
zwijam
w ścisły kłębek
kurczę się coraz bardziej
maleję
a chciałabym
wystrzelić drzewem
ku niebu

każesz mi tkać -
i tkać będę
jak umiem
ale tkanina
ciągle się filcuje
i nie nadaje się na szycie
ani... na życie
nawet zwyczajne
nawet nijakie
co najwyżej - przegrane
i jak ta nić - stargane



ale nie każ mi Panie
kroić kształtów
szyć ściegów
dopinać ozdób
wynajmę krawca
niech to robi fachowo

niestety!
nikt moich wymiarów nie zna
więc muszę
sama ślęczeć
nad tym żmudnym zajęciem

... to mój garnitur -
codzienny
i odświętny



Skąd się wzięłaś
Depresjo?
jaki wiatr cię przywiał?
wprawdzie zawiadamiano
o twoim nadejściu
(ostatnio wszystkie media trąbiły
że jesteś coraz częstsza)
ale dlaczego właśnie mnie dopadłaś?
dobrze ci w mojej duszy?
masz wygodny domek
od wielu lat
i nikogo tu nie dopuszczasz
tylko ja
dzielę z tobą wszystko
tak ścieramy się bez końca
a nie umiemy wziąć rozwodu

kiedy świeci słońce -
chowasz się w norce
a wtedy ja rządzę
w swoim świecie
mogę wszystko
i jeszcze więcej...

nagle
przychodzą chmury
wtedy ty - ponurak
bierzesz mnie we władanie
a ja ... się poddaję

nie mam sił z tobą walczyć
zresztą po co?
jesteśmy
jak dzień z nocą
jak dwie strony medalu
kija dwa końce
rzeki dwa brzegi
słota i słońce


po tylu latach goszczenia ciebie -
intruza
nigdy nie proszonego
wreszcie się z tobą zrosłam
i nauczyłam się łagodzić
konflikty (te najbardziej ostre) -
psychoterapia
farmakoterapia
autoterapia...

powymieniałam żarówki
na takie o dużej mocy
(lubię markować po nocach
a potem
w łóżku leniuchować
z piórem w ręku
aby zagłuszać poranne lęki)

nauczyłam się życia
w tej przedziwnej symbiozie

... skoro inaczej nie można?

tylko bądź rozsądna -
proszę
nie kapryś
przetrwamy

bez szpitali
kaftanów
bez połykania
fiolek z pastylkami
na wieczne spanie
bez obłędu

przetrzymamy!
jak już w życiu niejedno...



S.O.S.

Burza w moim sercu -
sztorm
ryk skłębionych fal -
alarm
woda się przewala
przez burtę
zaraz zaleje pokład -
ratunku!


...i wyciągnął swoją dłoń -
ON
kolejny raz ocalił
przed zatratą
jak długo jeszcze
mogę Cię przyzywać
Panie?
zdumiony odrzekł -
też pytanie!



Boże -
wskaż mi priorytety
jakieś centrum
bo ja błądzę co najwyżej
w pobliżu
a najczęściej
gdzieś całkiem okrężnie
po okolicy

nie kroczę prostym
szlakiem miłości...
raczej
pagórkiem pychy
pustynią obojętności
wysepką
malutkiej przyjaźni
i takiej samej bojaźni

morzem codzienności
rzeką beznadziei
urazy prastarą puszczą

Panie -
wyprostuj moje drogi
i serca dzban pusty
miłością
zechciej napełnić!



MIEJSCE NA CZŁOWIECZEŃSTWO

Jak na teatru dramatycznej scenie,
gramy nieustanne przedstawienie -
spektakl swego życia -
szperając w stosie różnych masek
do tragicznych ról, i do ról błaznów;
aktorzy zdolni, doskonali w tym dążeniu,
by z gry nie wypaść.
Ref.: Robić miny - to zbyt mało!
Cokolwiek by się stało,
na człowieczeństwo miejsce
w naszym świecie
trzeba znaleźć koniecznie!
Jak na sportowych, trudnych walk arenie
w biegu do swojego przeznaczenia -
hańby albo chluby:
tak coraz dalej, wyżej, prędzej -
prześcigamy się, kto będzie pierwszy,
a w tej gonitwie czujnie pilnujemy, żeby
nie dać się zgubić.
Ref.: Szybko pędzić - to zbyt mało!
Cokolwiek by się stało...
Jak na potężnym szczycie wieży Babel
nie ucichnie nigdy wielka wrzawa
splątanych języków,
tak niosą się przez całe wieki
te niezrozumiałe, puste dźwięki,
a pośród zgiełku - gardła wysilamy, aby
innych przekrzyczeć.
Ref.: Głośno krzyczeć - to zbyt mało!
Cokolwiek by się stało...



JESTEM ZNAKIEM ZAPYTANIA

Jak ten odwieczny znak zapytania
boleśnie tkwiący w koślawym skłonie,
w ciągłym rozdarciu ginę bezradnie,
w gąszczu sprzeczności niewyjaśnionych.

I w wielokropek też się zamieniam,
co rozsypany szeregiem ziaren.
To domniemania, niedokończenia,
pełne nadziei - oczekiwanie.

Bywam myślnikiem w biegu kładzionym,
gdy zastanowić przyjdzie się dłużej.
Pauzy, choć czasem nieuniknione,
stygną w letargu ciężkiej zadumy.

A wykrzyknikiem? Gdy się zakrada
zachwyt czy rozkosz lub uniesienie,
rozpacz, udręka albo pogarda -
wtedy prężnieję w znak wykrzyknienia.

Jak przypadkowo legły przecinek
raptem ciśnięty tylko dlatego
skradam się, aby dzielić przez chwilę
to, co istotne, od mniej ważnego.

W cudzysłów, bywa, też się przystrajam,
gdy obcą wciskam na siebie maskę.
Twarz obolała od wykrzywiania;
cudze oblicze zwykle za ciasne!

Kiedyś się przecież i kropką stanę,
gdy odejść przyjdzie na tamtą stronę
i kres się zbliży wszystkiego. Amen.
Dziś - sprawy jeszcze niedokończone...

Więc póki jestem - pełnym zdumienia
i niepewności - wciąż pozostanę
wstydliwym aktem niezrozumienia,
jak ów pokracznie zgięty pytajnik.



SŁOWEM BUDOWAĆ


Ta moja poezja jest tylko prostą zabawą w słowa,
Ale ze słów można przecież także i gmachy budować.

Byleby jednak tych zamków nie stawiać na lodzie kruchym,
bo marny z niego fundament - padnie pod lada podmuchem.

A gorzej jeszcze układać chwiejne domeczki karciane,
bo wznosić warto jedynie, co niezniszczalne i trwałe.

Na Skale budować trzeba, jak rzekł Pan do Apostoła.
Słowami również, wszak właśnie - Początkiem też było Słowo.



TO MOJE MIASTO, TU ZOSTANĘ


Przybyłam tu pamiętnym sierpniem
(niejeden powie: stare dzieje).
Niech takich sierpni nigdy więcej!
Choć tamten sierpień niósł nadzieję...

Gdzieś tam rodzina pozostała,
przyjaciół twarze czas zamazał;
tęskniłam, potem już przestałam -
tu swoje miejsce odnalazłam.

Wszystko, co odtąd w życiorysie,
dziwnym koktajlem wymieszane:
Węgrów ze splotem swych uliczek,
w Gdańsku - "Solidarności"szaniec.

Te puste sklepy i kolejki,
i zamęt w głowie: o co chodzi?
Dziś już jak banał brzmi, a wtedy
niełatwo było się z tym godzić.

Czas jednak pędził jak szalony -
za siebie zerknąć nie zdążyłam
ani rozejrzeć się na strony,
jak jubileusz mi wybiło...

Wspominam kręte tu uliczki,
bo na początku...pobłądziłam!
Śmiali się wtedy ze mnie wszyscy -
cóż, z przybyszami już tak bywa.

Lecz szybko pokochałam Węgrów,
trudne uliczki wnet poznałam.
Chłonęłam sercem jego piękno
duszą poety zabarwiane.

Lat dwie dziesiątki już z okładem,
jak gród nad Liwcem za swój wzięłam,
więc dziś mu hołd swój skromny składam:
Węgrów to miasto - arcydzieło!

To on kolebką tolerancji
w dobie tułaczki innowierców.
Nie tylko czasy reformacji
powodem chluby - takich więcej.

Tu wszystkie zrywy narodowe
wyryły niezatarte znamię;
szczególnie zaś bój pod Węgrowem
później Termopilami zwany.

Gdy po Węgrowie się przechadzam,
zabytków zliczyć nie potrafię.
Tu o historii mury świadczą,
a trzeba świętą czynić pamięć.


Pięćset sześćdziesiąt lat historii
wyobrażenia wprost przerasta,
co się z wysiłku składa przodków
na twarz dzisiejszą tego miasta.

Historia plotła się i plecie;
przecież jej biegu nie zmienimy.
Mój Boże! - to dwudziestolecie
mych śladów na węgrowskiej ziemi.

Wierzę, że ślad ten pozostawiam
rysując kreską dość naiwną
w sercach już dwu pokoleń prawie.
I satysfakcję czuję dziwną!

Nauczycielski trud swój wplotłam
w dzieciństwo setek kilkulatków...
Chociaż dwadzieścia lat - w przedszkolu,
to przecież czas nie stanął dla mnie!

Rośnie mi drugie pokolenie;
chwalę się: mam tu swoje wnuki!
powody do zadowolenia,
ale też - troski, straty, długi.

Tych jednak lepiej nie rachować,
urojeń licznych nie pomnażać
i nie użalać się nad sobą
tylko z powodu... kalendarza.

Choć magia liczb wprost jak u wieszcza:
tych lat czterdzieści już i cztery...
A błękit wciąż ten sam - niebieski,
serca na drobne nie rozmienisz.

A moje tutaj lat dwadzieścia
mignęło, jakby z bicza strzelił;
w tej obecności - ileż treści!
Upadków, wzlotów i nadziei.

Wrosłam w ten pejzaż i ulice.
Choć chyli się ku ziemi postać,
galopem mknące lata liczę -
w Węgrowie zawsze chcę pozostać!

Biegnący czas z rozpaczą chwytam,
porywy serca w strofy wkładam
wiersza, co nikt nie będzie czytał,
wśród innych spocznie więc w szufladzie.

Choć czasem mówią: nie jesteś stąd,
powtarzam jak w piosence znanej -
tu moje miejsce, tu mój dom,
w Węgrowie zawsze pozostanę!



Między jedną a drugą
przypadłością losu
jak na przerwach
pomiędzy lekcjami
chwytam słońca promień

biorę go naprędce
w dłonie
i niosę dumnie
jak pochodnię

blask
poraża mi oczy
nienawykłe
do światła

czepiam się tego blasku
do chwili
aż w okamgnieniu
nadpłynie chmura

... i odbierze
mi podarunek -
uśmiech fortuny
co niecnie zaigrał
Judaszowym pocałunkiem

a ból powróci...



W muzyce Mozarta skąpana
trwałam
przy Szopenie
uklękłam
na falach Beethowena
płynęłam
pełna uniesienia

głos organów
przyprawił skrzydła
duszy mojej -
frunęłam
obłokami do niebios
w serdecznym dziękczynieniu
za dar Eucharystii
który codziennie
od czasów Chrystusa
daje go wszystkim
wciąż od nowa -
całego
niewidzialnego
spożywanego
pod postacią
Wina i Chleba



MAGNOLIA

Naprzeciw mojego okna
zakwitła magnolia

wypyszniła się na kilka dni
królowa efemeryd
skąpana w bieli

nieszczęsna!
zapewne nie wie
że na ile piękna
na tyle krótkowieczna

wczesną wiosną
patrzyłam na nią z okna
chwilę potem
dziwnie opustoszał
mój prywatny krajobraz

za rok dopiero
na nowo wybuchnie bielą
aby niebawem
niepostrzeżenie umierać



Próbuję być malarzem
stoję przed płótnem
tabula rasa

pragnę dobrać kolory
by namalować
własny obraz

wezmę farbę zieloną -
pewnie!
będzie wiosenniej
żółtą naznaczę słońce
niechaj wreszcie rozbłyśnie
na moim horyzoncie

czerwienią
ogień serca rozpalę
...i wyleją się żale
troski strapienia
miłość -
spowił mrok zapomnienia

a może wszystko
błękitem rozjaśnię?
właśnie!
jasności trzeba codziennie
umysłu
sumienia
i... zapomnienia
o czerni

ale artystą nie jestem
a i spokojem nie grzeszę
więc rozmazuję wszystko niebawem

i co się objawia?
szarość!!!



Stale obniżam lot
jak jaskółka przed deszczem
smętnie opuszczam skrzydła
a ziemia coraz bliżej

i jak tu być orłem
w przestworzach
kiedy została
tylko tęsknota za niebem?

bo mnie przyciąga ziemia
nie zwykłą siłą ciążenia
lecz bezwstydnym mirażem
przyjemnych wrażeń
łechtania próżności
brakiem heroizmu
chłodnej obojętności
a nawet... urokiem marazmu

jestem tak blisko tej ziemi
a jednak gdzieś w samej głębi
tli się wstydliwie marzenie
by jednak wzlecieć...



Pławię się w słowach
językowego piękna
jak w głębinowej studni
dalekiej od wyschnięcia

raz to soczysty prysznic
który ożywia
albo łagodna kąpiel
w wannie słownego tworzywa

lubo gorący tusz
do poruszania dusz
do kruszenia
lodu brył serca
do rzucania purpury róż
na kobierce
do stóp...



Nie powiedziała ani słowa
tylko wyjęła z paczki
chusteczkę jednorazową
która się rozpostarła
jak biały latawiec
co wylądował przy jej oczach
ale już nie odleciał z powrotem
przesiąknięty słoną wilgocią

odwróciła się na pięcie
gniotąc nerwowo w dłoni
tę złudną zasłonę -
nikły parawan swojego wstydu

postanowiła pozostać mimo wszystko
lecz obsesyjne spoglądanie w jedną stronę
sfotografowało w okamgnieniu
Jego i Tamtą...

na tym szybkim ujęciu
jak z polaroidu
był obraz najlepszej jakości -
... jak oni na siebie patrzą!

wyjęła chustek całą paczkę
już przestały udawać latawce
bo zamieniły się w koła ratunkowe
na jej morzu rozpaczy



Mój Ojciec
był prawdziwym mężczyzną

miał czterech synów
(nazwisko nie zginie!)
posadził leszczynę
a ta się tak rozrosła
w pni kilkanaście
i gada z niebem
więc kto by powiedział
że to nie drzewo?
a owoców rodzi tysiące
więc kiedy jem orzech
to jakby sam Ojciec
był tu obecny
i podawał mi go
ze swojej ręki

i dom wybudował
bardzo szybko po żeniaczce
i nas szóstkę wychował
tylko za szybko odszedł...

odfrunął
nagłym bólem

swoim - skończonym
naszym - na zawsze...



Czemu pozostajesz ukryty
i nie ukazujesz swej twarzy
(choć malują Cię na setkach obrazów
a na każdym inaczej )?

czy grozisz palcem
za przewinienia wczorajsze
i już srożysz się z karą?
a może tylko robisz do mnie oko
OK - to był grzech
ale przecież
kto pozostaje bez winy?

a może jesteś jeszcze inny
i kiwasz do mnie tym palcem
porozumiewawczo
uśmiechając się dobrotliwie
na moje przewiny
i odkładasz je na górną półkę -
to mój dług
będzie tam leżał bez odsetek
aż go odrobię
dobrem

czemu pozostajesz odległy?
chciałabym Cię mieć
na wyciągnięcie ręki
dotykać
jak Tomasz

wybacz
tę przepaskę na oczach
przemyj moją ślepotę
zerwij bielmo niewiary
że ten człowiek tu obok
to przecież także Ty!


BRZEMIENNOŚĆ


Złociste łany
w leniwym poszumie
cichutkim pieniem
oznajmiają
swoją brzemienność
tak jak potrafią -
kłosów pochyleniem
obfitością ciężaru
pełnych ziaren

czekają na kosiarzy
na żniwo
i plony
niczym krowa
z wezbranym wymieniem
dobra żywicielka
co cierpliwie czeka
aby czym prędzej
wydoili mleko

... i jak kobieta
przed rozwiązaniem
u progu cudu -
narodzin nowego człowieka



Tym, co nie dowiedzą się, jak to jest,
że trzeba pisać taki wiersz...


Błogosławieni
nie urodzeni
i bez wątpliwych szans
na zaistnienie

spokojny ich wzrok
bo nigdy nie dostrzeże
okrutnych widoków -
niewiniątek rzezi
błyskawicy spojrzeń
jak rozżarzonym prętem
wypalają znamię nienawiści
ale i sami
także gromami
nie będą ciskać

obcy będzie im dźwięk
wystrzelanych rakiet
i krzyk matek
błagających o litość dla swych dzieci
ale i sami
w konwulsjach nie będą jęczeć

i nigdy nie pozostaną
niecnych czynów wylęknionymi świadkami
którym strach knebluje usta
na wieczność
ale i sami zbrodni nie popełnią
na pewno

nigdy nie doznają
upokorzeń
zazdrości
obłudy
lecz i sami jako ich obiekt
nie posłużą

pozostaną na zawsze
potencjalni
antycypowani
kreowani na takich
co mieli wszystko zmienić

tylko...
nie dano im szansy!



Brzozo złotowłosa
panno przydrożna
zapomniana przez czas

pewnie przeoczył listopad
twoje świetliste warkocze
targane przez wiatr

rozjaśniasz mroczną ścianę lasu
kaskadą złotych liści
tak jakby przez pomyłkę
wyfrunęły fajerwerki rzęsiste

spóźniona w umieraniu przed zimą
w swojej wytwornej sukni
nie potrwasz długo

upomni się o szatę
zazdrosna chmura
a jej brat -
włóczęga wiatr
porwie ją na strzępy

i rozniesie
po lesie
polach
gościńcach
miedzach

dopiero wiosną
jak inne drzewa
sprawiedliwie przyodzieje
w zieleń



Z jakiego tworzywa
utkana jest cisza?

czy to niemy
szloch porzuconych
czy smutne oczy
sieroty?

a może czekanie
na jakąkolwiek odmianę?

czy uroczysta chwila w kościele
przed podniesieniem
czy ta jak makiem zasiał na lekcji
przed wywołaniem do odpowiedzi?

czy dopiero po śmierci?...

czy cisza jest utkana
z nadmorskiego piasku na plaży?
a może mieszka w wydmach
albo w muszli co urodzi perłę?

czy tylko wśród marzeń?

... tylko nie ma jej we mnie!

bo mnie
pędzi i niesie
gdzieś przed siebie
na oślep
każe skręcać
cofać zawracać
by znów rwać do przodu
zwalniać
przyspieszać

i szukać tej ciszy
nadaremnie



PROŚBA O POKORĘ

Przewracali moje ciało
jak kłodę
byłam przedmiotem
nawet nie udawali troski
której nie oczekiwałam

padały komendy niczym bojowe
położyć się
podnieść
wstać
obrócić
rozebrać do połowy

której?
czasem trzeba było pytać
zdarzało się - na przemian
to jednej to drugiej
aby obłudnie nie odkryć
pełnej nagości

przewracali mnie
badali
wkładali sondy
robili nakłucia
prześwietlali wnętrzności
myślałam - nie zniosę
tylu upokorzeń

i plątała się myśl namolna:
gdzie tu miejsce na godność?

a On znosił
stokroć większą hańbę
DLA MNIE!
bo ciało przecież
miał także człowiecze
i cierpiał tak samo
i cierpiał stokroć więcej

ale On potrafił
stać się małym do granic

Boże!
o łaskę pokory Cię błagam!



Czerwcowy świt wcześnie wstaje
rumieni się
niepotrzebnym zawstydzeniem
cichutko
wciska przez ażur firanek
ślizga po mieszkaniu
liże blat stołu
i beztrosko obnaża
kurz na półkach

ciepłym pocałunkiem
leciutko muska
kwiaty w donicach
rozdaje im swoje pierwsze promienie
żeby mogły śmiechem zakwitnąć

i zastanawia się
jaki figiel dziś wykręci -
czy pozwoli królować słońcu
do zmierzchu
czy pobawi się w chowanego z chmurą
czy też całkiem jej miejsca ustąpi
i pójdzie odpocząć na czas
gdy deszcz będzie siąpił



Jak ptak zraniony cierniem krzewu
co leci doń czując konanie
albo jak ćma wariatka
dążąca do światła
aby się poddać żywcem
niezamierzonej kremacji
tak mnie oślepia
sztuczny blask martwych miraży
znaczenia
powodzenia
sławy
co umierają prędzej od jętki

by wciąż doznawać reinkarnacji
i się przeradzać
w ból jeszcze większy



Jeśli dotyk
to tylko przypadkowy
jeśli czułość
to jedynie obsesja
małej sieroty
złaknionej kobiecego ciepła
jeśli ręka w rękę
to... dłoń lekarza badającego tętno
jeśli objęcie
to interesowność wyrażona podstępnie
jeśli pocałunek
to zimne klapnięcie policzka nosem
na powitanie pożegnanie
jeśli patrzenie w oczy
to pustka...



Czy ten wicher -
to on musi tak zawodzić
skamleć wyć jęczeć
kaleczyć serce
w oszalałej udręce?

a ten deszcz -
czy musi koniecznie
lać strugą
spływać łzami
zmywać ślady skaleczeń?

tak - musi
bez tego
byłoby ich więcej

no a ten chłód -
czy musi być tak dotkliwy
przeszywać trzewia
sztyletem z lodu
zabijać mrozem?

widocznie musi!

zima jest po to
aby człowiekiem
wstrząsnęły dreszcze
zbudziły ze snu
targnęły sercem
i przypominały
że nie umarł jeszcze!



SKARGA II

Nie mam duszy...

bo kiedy kapłan
wznosi w górę dłonie z Hostią
ja widzę zaledwie opłatka biel
a kiedy kielich z winem -
to ten kielich tylko
jak ozdobne naczynie...

a przecież wiem
WIEM
WIEM
że tam są Ciało i Krew
mojego Pana
lecz moja skąpa wiara
dostrzec Ich nie pozwala

jestem martwa...

moje oczy oślepły
nie dostrzegam
brzydoty ani piękna
uszy ogłuchły
obojętne
na wszelkie dźwięki
sumienie zabite deskami
dusza zamknięta na cztery spusty
pozostał czerep pusty

ratuj mnie Panie!
o Wszechmogący
wskrześ jak Łazarza
bo najwidoczniej
umarłam...



Cherubinowy lok ci przylgnął
niewizytowa dziś fryzura
może źle spałeś
z podwiniętym skrzydłem?
bo i skrzydło jakieś oklapnięte -
coś nie masz humoru
mój Stróżu Aniele

nie możesz się wygłupiać
ja oczy otwieram
a ty - na służbę!
no ruszaj już
taka twoja rola

och coś mi anioł zmarniał
skrzydła usmolone
sukienka wymięta
mina kwaśna
to pewnie przeze mnie

zaraz uczeszę loki
poprawię skrzydełka
łaszki oczyszczę
i dopiero wtedy
na świat go wyślę

musimy
dbać o siebie nawzajem
przepraszam przyjacielu
że zapomniałam



Jeszcze całkiem niedawno
bliscy i znajomi
spotykali się
zjeżdżali
z bliska i z daleka
(jak człowiek do człowieka)

później pisali listy
a mała koperta wieściła
radości i smutki
łącząc ludzi ze sobą
i w bólu
i w uciechach malutkich

trochę potem
rozmawiali przez telefony
i nagadać się nie mogli
rozmowa
zamieniała obojętne impulsy
w ciepłe słowa
i to było dobre
choć jakby już mniej dobre...

dzisiaj bliscy a całkiem dalecy
przesyłają nawzajem
bezduszne e-maile
i chłodne sms-y
trwa szybka wymiana informacji
na okruch uczucia
zabrakło już czasu

tak u bram trzeciego tysiąclecia
sami siebie pozbawiamy człowieczeństwa



Jestem bryłą lodu
skamieniałą od mrozu
Boże!
jaki przeraźliwy chłód
krzyczę - dłużej tego nie zniosę
a Ty patrzysz
widzisz
i milczysz

i zatroskał się dobry Bóg
przeciem Jego dziecko
chuchnął na lód dobrotliwym oddechem
powiało ciepłem

powoli
spłynęła strużka wody
to anioł zapłakał
poznałam jego łzy -
były kryształowo czyste
jak skrucha bez winy
wyżłobiła malutki rowek
a potem
lody ruszyły
i cała bryła
w mig się rozbiła
na milion kawałków
co nie wpadały do oczu
jak w bajce o Gerdzie i Kaju
lecz te kruszyny
utworzyły drabinę do Raju

i mogłam
wspinać się swobodnie
gdyby nie moja zmora -
agorafobia...



Nie wierzę
żeby mój Bóg
był zachłanny na ilość
wyliczanych słów
wznoszonych na ołtarzach
czy w małej izdebce

czy On je liczy
segreguje
układa na półkach
porównuje stosy
że od jednej takiej
to tyle a tyle pacierzy
a od innej różańce w liczbie
potrzebnej do opasania ziemi
i że ktoś śpiewał Mu codziennie
nabożne pieśni
a kapłani sprawowali Eucharystię
więc pewnie najpierwsi?

ale co po modlitwie
gdy życie to życie
i trudno było poznać
żeby kogoś prawdziwie
uświęciła taka pobożność

a ja nie mierzę słów do Boga
na łokcie
metry
czy sztuki

mnie wystarczyć musi
raz na jakiś czas
ułomny wierszyk
w którym powołam się
powierzę
poproszę
wspomnę...

...tak bym chciała Cię wielbić
chodzić do świątyni
i nie ziewać
wyliczać przymioty w litaniach
nie myśląc o niebieskich migdałach...

a może jednak
naprawdę Ci wystarczy
ten lichy wierszyk
od czasu do czasu?



Ten bełkot bez sensu
ma sens najgłębszy
bo zakneblowali mi usta
abym nie mogła wykrzyczeć
swojego bólu
ani okazać
oburzenia i pogardy

jeszcze zawiązali
opaskę na oczy
jakbym nie wiedziała
kto mnie dręczy

odpowiecie mi za to
litości nie będzie!
zemsta?
unicestwię was po przebudzeniu
moje koszmary senne



Koń w rolnictwie to nie przeżytek -
to już zabytek
który trzeba chronić
na który trzeba chuchać i dmuchać
bo pozostał we wsi tylko jeden
u mojego wujka

więc gdyby umarł
to co pokażą wnukom-mieszczuchom
co się tu zlecą latem
pod babcine dachy
po słońce
swobodę
i na smaczne obiadki
i na krowie mleko
i na oglądanie tych przeżytków
(bo dla nich takie tutaj wszystko)

ostatnia szkapina pod wieczór
klekocze kopytami po asfalcie
wybijając rytm
upływających dni -
jej dni
naszych dni

niebawem i wiejskie dzieciaki
będą szukać konia na obrazkach
lub obejrzą w telewizji
dorodne rumaki
na gonitwie albo w stadninie
a o naszych
poczciwych koniach pociągowych
wszelka pamięć zaginie

to tak jakby z obrazu
ktoś nagle wymazał
kawałek wiejskiego pejzażu



A mnie jest szkoda słomianych strzech
gryzącego dymu z każdego komina
na strychu chat pachnącego gliną

i żal maleńkich okienek
zapchanych kiściami pelargonii
białych i czerwonych
zestawionych całkiem przypadkowo
w barwy narodowe

szkoda łańcuchowego burka
przy mizernej budzie
(dzisiaj i na wsi psy biegają luzem
albo prowadzają pana na smyczy)

szkoda ślepego kota
z drugim załzawionym okiem
i żal że na podwórkach
już nie grzebią kury
więc nie ma rozdrapanej ziemi
tylko przystrzyżona trawa
a miejscowi
w mieście na targu kupują jajka

...a ja obsesyjnie wracam
do czasów z krainy dzieciństwa
do tamtej wsi tęsknię na próżno
bo czego tu szukać
gdy nie ma już i tamtych ludzi?



Ziarno zasiano w ziemię
jak popadnie
na jaką glebę trafi
już nie zależy od ziarna

w jego skorupce zamknięty
czarowny dar życia
a jakie ono będzie - tajemnica

czy nikt w skałę nie wetrze
nie rozmiażdży rozgniecie
w swojej nieuwadze
czy deszcz będzie
odpowiednio wcześnie
a mróz zbyt późno nie zawita

czy słońce nie wypraży
młodej główki kiełka
a wody nie wypłuczą
żyzności matki-gleby

czy rozrośnie się życie
da plon zamierzony
wybuja
czy nigdy nie wzejdzie
i nie ujrzy słońca

to zależy tylko
jak je pielęgnujesz



O MOWIE I MILCZENIU

W porzekadłach twierdzą
że jesteś srebrem

a co począć z poezją?

a nadęci złotouści
których wszędzie pełno?
zakneblować im gęby?

żeby dostać
przedmiot pożądania - złoto
to ono w takiej cenie!

tylko po co?
skoro ten kruszec
buduje mosty
obojętności
tworzy bariery
niezrozumienia

a może jednak milczenie
jest przywilejem
nielicznych przymiotem?
bo papug jest ogrom
im przypisać srebro
to zbytek łaski
(za wyjątkiem
tych spod znaku Erato)

znam zgoła inne twierdzenie:
błogosławieni
którzy milczą
nie mając nic do powiedzenia

a tych co wiedzą
i cicho siedzą?...


Świtem i o zmroku
głowy nabożnych kobiet
kiwają się miarowo
rytmem szeptanych modlitw
w zimnych kościołach

poszarzałe chusty żakiety
na chudych ramionach
dygocą konwulsyjnym taktem
Ojcze Nasz
Zdrowaś
mamroczą wargi drętwe

w ławkach ich całe rzędy
proszących wołających
co nie umieją nie być tu codziennie
jakby Bóg osobiście
przychodził sprawdzać frekwencję

a do Niego przecież
trzeba gnać pędzić
łapać szczęście
albo czołgać się pełzać
jak kaleka
jak żebrak
chwytać rąbek świętej szaty
całować
albo kurczyć się ze wstydu
kwilić
przepraszać
za małość
za małostkowość
a jak wychwalać - to skakać
a jak dziękować - to całym sobą

a nie otrzymywać
plus w dzienniku za obecność



Już nie tak samo ptak śpiewa
w burych przestworzach
zatrutych wyziewem
złych intencji człowieka

i nie tak szumią drzewa
w kniejach
gdy jak huragan
przemknęła ręka drwala

okrutny wyrok bez winy -
na śmierć za ilość...

już nie takie odgłosy
szemrzącego potoku
kiedy w swym biegu
nie rozbija się o kamienie
lecz unosi plastykowe butelki
jak wyrzut sumienia

już nie ma harmonii
i w sercu człowieka
gdy pozwala na nieład
samozwańczy pan ziemi
na którego czynach
tak haniebne plamy
że i nie wystarczy
wybielacz z reklamy



To była tylko szczelina
jak mgła między jawą a snem
chciałam ją przejść
przekroczyć mój Rubikon nadziei
łudząc się
że zaglądanie za kurtynę zakazanego
może ujść bezkarnie

przebyłam tę maleńką przestrzeń
zaraz brzeg

ugrzęzłam...

tonę!
zachłystuję się wodą -
ratunku!

ktoś wyciągnął...

gdy oprzytomniałam
byłam na tym samym brzegu
tamta strona pozostała nieznana

zabrakło sił
na przekroczenie siebie



Kiedy już wspięłam się na szczyt
westchnęłam z ulgą -
koniec trudu
a widok stamtąd
poraził mnie jak prądem
bo ujrzałam kolejny szczyt
jeszcze wyższy

cóż było robić?
ani go obejść
ani przeskoczyć
ani przechytrzyć

zaczęłam znów się wspinać
w ciężkim mozole
z szumem w uszach
i potem na czole

zaplątana myśl
wracała natrętnie dniem i nocą
jednym pytaniem - po co?

a jednak się pięłam
raniąc swoje ciało
aż cel osiągnęłam
(wiwatów nie było!)

czekałam na tę chwilę
teraz zaznam rozkoszy
gdy... następny szczyt
ukazał się moim oczom...

i smagnęła jak biczem
prawda okrutna -
czy życie być musi
pogonią za znikającym punktem?


Dziś przyszła do mnie
Matka Boska Hodyszewska
bynajmniej nie we śnie
lecz przy świątyni węgrowskiej
autor rozprowadzał książkę

zabiło mocniej serce
dla lat dziecięcych
dla tej której obrazek
pokazywano jako pierwszy
to do Niej wyciągałam
maleńkie rączęta
i do Niej raz do roku
wożono furmanką dzieci
na błogosławieństwo
w pierwszą niedzielę
po Nawiedzeniu Świętej Elżbiety

czas leciał...
prawie zapomniałam
Matki oblicze
więc Ona sama do mnie przyszła

biorę książkę do ręki
czytam
nadrabiam czas
cofając się do dawnych lat

bo do tyłu -
czasem
może do przodu znaczyć
i tyle

a paradoksy
zostawiam filozofom



Bure niebo umierającego listopada
sposobi się leniwie
na mgławicę zimy

nie popędza ciężkich chmur
przewalających się ospale
w stronę chłodu

nad pustynią pól
przeraźliwie rozkrakane wrony
wieszczą rychły koniec
boskiego cyklu
rodzenia
dojrzewania
i rozkoszowania się plonem

to czas dany po to
by pozwolić odpocząć
lasom sadom i polom
krzywej gruszy na miedzy
zaoranym zagonom

a człowiek
i tak będzie pędził
choć nikt go nie goni



W MOIM DOMU WSZYSTKO JEST POJEDYNCZE

... jeden stolik spodek i szklanka
w jednym oknie jedna firanka
jeden dywan jeden wazon na stole
z jednym kwiatkiem - różą
co cierniem niejednym kole
w łazience jedna szczotka do zębów
przydeptanych para kapci też jedna
jedna poduszka jeden jasiek
jeden stary obraz na ścianie
jeden kot z jednym okiem
co mruczy za dwóch
jedno serce samotne
i jeden w nim Bóg

w moim domu wszystko jest pojedyncze
jak całe moje życie
z jednym dziwnie przyzwalającym wołaniem -
niech już tak pozostanie!



PRZYSZLI ŚCINAĆ LAS

... liście drzew drżały lękliwie
konary dygotały w bezsilnym gniewie
tylko pnie niewzruszone
z rezygnacją oddawały się na szafot

powalone kłody dogorywały powoli
osierocone kikuty pni
płakały łzami żywicy

niedoszli skazańcy
wyciągali ramiona gałęzi
w daremnym błaganiu o litość

jęki bezdusznie mordowanych
zagłuszał skutecznie jazgot pił
i dziwna pewność katów-drwali



ODBLASK

Nie jestem księżycem
nie chcę świecić
tylko blaskiem odbitym
nikłą poświatą cudzego lśnienia

nie jestem lustrem
co przekornie odbija
z lewego robiąc prawe
lub odwrotnie
jak służalczy lokaj
albo błazen

nie jestem słońcem ani gwiazdą...

co mi tam
przecież nie muszę błyszczeć
ani blaskiem odbitym
ani samoistnie

... bo może jestem
tylko chmurą i deszczem?



Otacza mnie cisza
aksamitnym dotknięciem
anielskich skrzydeł

w takiej chwili
przecieram oczy rąbkiem jawy
i budzi mnie muśnięcie życia

otwierają się szeroko
ramiona świtu
na prolog nowego dnia
który bierze mnie w objęcie

w jego zamaszystym uścisku
widzę wszystko
każdy detal
piękna
brzydoty
i ułomności
(chyba że kusy przykrył ogonem
z przekory czy złości)

ale otrzymałam podarek
już na progu
jak niezasłużoną nagrodę -
że zaistniał dla mnie dziś znowu



Chodziłam tą drogą tyle razy
ślepa na drogowskazy
które nieraz kazały
ominąć
skręcić
zawrócić
odejść na bok
ale ja nie chciałam
czytać mądrych znaków

dzisiaj -
wysoką cenę płacę
za bylejakość
głupotę
za winy zawinione
niedopatrzenia
niedostrzeganie w brzydocie piękna

dziś za to wszystko płacę
płaczę
i cierpię



Żeby nie było łez
i przyczyn dla nich
ale co z tymi
które są bezgłośnym wołaniem
i spływają jak kryształowy potok
znacząc ból
rozpacz
tęsknotę?

żeby nie było rozstań
bo rozdzielają
ale na miłość boską -
trzeba zostawić miejsce
na te rozłąki konieczne
do nabierania dystansu!

żeby nie było czerni?
bo to ślepota żałoba?
a co z czernią żyznej ziemi
i co z głęboką nocą
niosącą spokój?

żeby nie było... nie było...
można bez końca wyliczać
lecz tyle dał Bóg światu odcieni -
widocznie potrzebne są wszystkie


PŁACZ NATURY

Kiedy płonie las
płaczą drzewa
wrzącymi łzami żywicy
wśród piekła rozpaczy

ustrzelony ptak
łzawi smętną strużką krwi
na bezlotnych piórach rezygnacji

złamany kwiat
dławi się trzaskiem łodygi
gdy w mdlejące płatki
wtargnie nagła agonia

sprawca totalnej zagłady
Homo sapiens
bezmyślny samobójca
nie płacze...



Jestem jakąś martwą skałą
która zachodzi mchem
i porostami

jestem kłodą drewna
w której los przestał rzeźbić
ścieżkę czasu

lecz zatroskał się mój Stwórca
i z woli Swojej zapragnął
bym wróciła do życia
przewrócił ciężką kłodę
i kloc też już spokojnie nie leżał
bo los przypomniał i o nim
a korniki zrobiły swoje

tysiące korytarzy i dróg
a i ich labiryncie - Bóg

wiedziałam
że kiedyś odnajdę tę właściwą
bez żadnej nici Ariadny
jeśli tylko
zechce kiwnąć palcem

skałę też ruszył
rzucił jak poduszkę
przestały rosnąć
mchy i porosty
a kamień stał się opoką
na której odtąd
mogłam budować co dzień

to był piękny sen!...



Miałam sen
że się wspinam
po nitce cienkiej jak pajęczyna
drżącej chybotliwie

na nitce były małe supełki
których czepiałam się rozpaczliwie
ale były zbyt maleńkie
by uchwycić je pewnie

karmiłam się nadzieją
na nieco większy trafiając
ale taki rzadko się zdarzał
więc znów się osuwałam
patrząc z rozpaczą
w czeluść przepaści

długo się tak ślizgałam
jak pająk na lodzie
a cel był ciągle wysoko
pode mną - ponura otchłań

... aż nagle pojęłam
że te na linie ratunkowe zgrubienia
to moje dobre uczynki
tworzące pomost do nieba

i targnął wyrzut sumienia!

niestety!
zbyt rzadko rozmieszczam szczeble
kruche słabe i chwiejne

przebudziłam się szczęśliwa
że nie wiszę na tej drabinie

i dalej przędę nić życia
zapominając
o zawiązywaniu supełków
ku pamięci
o przyszłym zbawieniu

bo ta chwiejna
z niepewnymi szczeblami drabina
to tylko moja wina...

Jest takie miejsce
w zaułku serca
pewnie nie najważniejsze
bo w centrum
zwykle lokują miłość
i sadowią niczym na tronie
w złotej koronie

a to jest miejsce
trochę schowane
do którego się wchodzi
bocznymi drzwiami
a do zamków szyfry
znają tylko nieliczni

to taka cicha
spokojna przystań
gdzie mogą wpadać bez okazji -
miejsce dla mojej przyjaźni



Tyle lat spijałam
soczyste krople wiedzy
jak boski nektar
w naiwnej rozkoszy
niczym dziecko
a słodycz tego syropu
rozlewała się we mnie
jak ocean radością wielki
że nie zagraża mu wyschnięcie

kiedyś się okazało
że ta wiedza na nic
bo nie umiałam
po prostu żyć...

nagle
odkryłam w sobie analfabetkę
trzeba chwytać za elementarz!

i napełniła się goryczy czara -
vademecum życia potrzebne od zaraz!




Zaplątany promień
wciśnięty w zakamarek codzienności
wyjmuję delikatnie
i układam wiązankę
która szybko się rozrasta
w snop światła

zdziwienie! -
znajduję ich coraz więcej
i skąd tyle tego blasku
pośród cienia?

zwykłam nie oddzielać
błyszczących kryształów
z morza pustynnego piasku
i nie odróżniać
wieprzy od pereł

lecz kiedy z tych promieni
zaczynam tworzyć kompozycję -
one same rozrzucają się promieniście
tworząc słońce
jasne
dobre
gorące

rozpływają się chmury
i nawet dno przepaści
rozjaśnia się tym blaskiem



Są węzły gordyjskie
zamotane tak złośliwie
na życia linie
że najśmielsze akrobacje
nic nie poradzą

trzeba je żmudnie rozplątywać
kalecząc ręce
i serce
które z tego potrzasku
pragnie się wyrwać

są marzenia
nie do spełnienia
gdy życie zamienia się
w pustyni bezkres
jak okiem sięgnąć - piasek
zasypujący sens...

są wołania
nigdy nie wysłuchane
bolesny krzyk rozbijany
o granit obojętności
co nie porusza sumień
które już dawno ogłuchły



Agnieszce F. - Matce; 20 lipca 2002r.


Widziałam
ból młodej matki tak wielki
że przerósł lament
wszelki płacz łkanie
jęk rwanie włosów z głowy
bełkot bez sensu

jej rozpacz była najstraszniejsza!

patrzyłam
na maskę twarzy
bez żadnego wyrazu
niczym rzeźbioną z alabastru
oczy puste
jakby w miejsce żywych
wstawiono sztuczne
i te ruchy niemrawego robota
kroczącego jak na sprężynach
za trumną syna...

kwiat
któremu łodygę przecięto
nim się zdążył rozwinąć
kilkanaście lat temu zaledwie
wydany z jej łona
dziś - w trumnie niesiony
przez kolegów młodzieńców
w niewiadome odmęty

patrzyłam na ciebie matko
w niemym zdumieniu
jakbyś wcale nie była
główną tragiczną bohaterką
okrutnych zdarzeń
tego ponurego przedstawienia
(choć na tym pogrzebie
płakali wszyscy
co potrafią płakać)





i tylko kiedy kapłan kończył
ceremonię pogrzebową
a trumnę
zaczęto opuszczać do grobu -
ty osunęłaś się cicho
(to inni narobili krzyku)

odeszłaś - gdzie?
sama nie wiesz
ten ból był silniejszy od ciebie

szybko ułożyli cię na murawie
podążyli z medykamentami
zrobili wszystko
by przywrócić cię do życia
na przekór tobie
choć twoje serce
nie chciało wracać pewnie

długo pozostawałaś
w tym omdleniu
a matka - ziemia
ból przyjęła
w niemym zrozumieniu

kapłan kończył obrządek
młodzież układała kwiatów kopiec
i na swój sposób żegnała
jednego spośród siebie

pozostali żałobnicy
patrzyli już tylko na ciebie
i łkali głośno
bo łez nikt nie usiłował kryć
kiedy żal najbardziej było tej
która musi żyć...




Z szumu informacyjnego
i doniesień zalewu
do których zdążyłam przywyknąć
z trudem przedarło się zdumienie
że ten świat
mimo swego obłędu
ciągle jeszcze trwa...

a ja
z szeroko otwartymi oczyma
trwam razem z nim
uczepiona własnego zdumienia



Moja nostalgia
to fioletowa mgła
bo taką właśnie ma barwę -
fioletową
wierzcie mi na słowo

kiedy mnie ogarnia
otula słodką wonią
że już uwolnić się nie sposób
od tęsknoty
więc grzęznę w fioletowej mgle
i łzy są fioletowe też



DO MŁODEJ ZAKONNICY


Młodość swoją
i piękne oblicze
zamknęłaś w czerni habitu
aby rozdawać miłość
całemu światu

schowałaś się
a jakby sobie na przekór
ukryta za furtą klasztoru
formujesz pierwszy szereg

cierpliwe oczy
cierpliwe ręce
cierpliwe serce...

nieraz się zastanawiam
co czujesz
pochylając głowę
pełną ślubów?

tajemnicy twojego oddania
świat nie rozumie...

... a jakże go potrzebuje!



U ŹRÓDŁA

Chłodnym rankiem
do źródła poszłam
z wielkim dzbanem
by czerpać wodę

piłam po małym łyku
a ten eliksir
rozpływał się we mnie
przyjemnym chłodem
jak życiodajny potok

przemywałam nią oczy
ze ślepoty
aby dostrzec
niewidzialne dotąd

chłodziłam
stopy obolałe
strudzone deptaniem
w wędrówce bezkresnej
(czasem bez sensu)
a ulgę odczuwałam jednaką

zanurzałam ręce
by poczuć mocniejsze
krążenie krwi
nabierać sił
odprężyć się
rozkurczyć pięści zaciśnięte

studziłam głowę
zakutą w okowy
rozżarzonych myśli
by otrzeźwieć
z niedorzecznych pomysłów

przeglądałam się
w pomarszczonej tafli lustra
chcąc odgadnąć
tajemnicę wiecznej odnowy

niestety!
pozostała pusta!



SZTORM

I tylko piana
z poranionej fali
rozbitej o granit
przybrzeżnej skały

i tylko słona woda
łzy morza
rozpryskiwane
w dzikiej fontannie

i jeszcze wydmy
wyspy nieszczęśliwe
wyrozumiale milczące
aż po ból obojętności

a sztorm
ileś tam powyżej
w Beauforta skali -
szalał...

jednak przetrwałam
trzymając się kurczowo
lichej tratwy

morze sennieje
więc płynę dalej

... bo to przecież we mnie
rozgrywał się ten dramat



DO WYNAJĘCIA

Do wynajęcia
samotne serca
uczepione
cichego westchnięcia

do wynajęcia
niechciane cierpienia
pokornie czekające
ukojenia

małe radości do wynajęcia
gdy od podaży niższy popyt
bo uparcie szuka się większych

do wynajęcia
opustoszałe miejsca
po odeszłych
do wypełnienia
bolesna nieobecność

do wynajęcia
głów pustostany
nie obarczone myślami
złych czy dobrych intencji
szare komórki -
do wynajęcia!!!

do wynajęcia
wszystkie rany bolące
i tylko ciągły
brak wynajmujących



DLA SIEROTY

Zamiast miłości -
głaskanie po włoskach
zamiast spełniania zachcianek -
przedszkolne śniadanie
zamiast troski -
kolejna paczka darów od obcych
zamiast czułej opieki -
w świetlicy zapewnione miejsce
zamiast pieszczoty -
ochłap współczucia dla sieroty
a figlarnego całuska -
próżno oczekuje mała buźka...



Skało -
twarda
zimna
naga
i martwa

nieczuły głazie
śpisz
i nie widzisz
jak kwitnie życie

jak wszystko biega
pulsuje
krąży
i ciągle
nie nadąża

a ty trwasz
zakotwiczona u brzegu
na wieki
i patrzysz obojętnie
na czcze zabiegi

uparcie stoisz
na straży spokoju
zadumana głęboko

no cóż -
jesteś opoką...



Gdyby to było takie pewne -
jest prawda jedna!...
bez żadnych odmian i wersji
niuansów
ani odcieni

gdyby to było takie pewne -
nie czynić złego...
iść naprzód drogą wprost przed siebie
bez wiraży
uskoków
serpentyn

gdyby to było takie łatwe -
przebaczyć...
było i nie ma!
uraza tkwiła ością w gardle
i lekko ją przełknęłam

gdyby to było takie łatwe
na ile jest zagadką
i oczywiste
jasne jak kryształ...

...a to jest ciągle przecież
wyższa matematyka
pełna pytań
i... wykrzykników!



MOJA TĘSKNOTA

Siedziałam
na przybrzeżnej skale
jak samotny anioł
zapatrzona w dal
stęskniona za dalą

słuchałam
syreniego śpiewu
wabiącego zbłąkanych

z niewiarą w sercu
czekałam
że jakiś statek
wreszcie mnie stąd zabierze
bo na tej ziemi
miejsca trochę mało
dla poetów
dla wierszy

moja tęsknota
wylana nad morzem
rosła
zamieniona w nostalgię
przesiąkła pewnością
że tam nie dotrę

tu pozostanę
a dal będzie dalą
i nigdy jej nie zobaczę



PATRZEĆ W SŁOŃCE

Patrzeć w słońce
to tarzać się w blasku
jak kociak
wybierać światło
gardzić ciemnością
mieć serce gorące
otwarte na oścież

to jaśnieć blaskiem
szczerego spojrzenia
dziwić małym rzeczom
ufać nagłym olśnieniom

patrzeć w słońce
to klęczeć
na gołej ziemi
surowej matki
podnosić ręce
w ekstazie
w dziękczynieniu
za łaskę
tego blasku

to stąpać pewnie
po równinie
nie skalać ciszy
lecz ją pielęgnować
bo słuchać ciszy
to słuchać Boga



PRZEBIŚNIEG

Wytęża całą swą moc
wpisaną w naturę
aby wypełnić misję -
o właściwej porze
pokazać zielony nosek
i najwcześniej zakwitnąć

nie zważa
że śnieg się jeszcze rozpadał
że mróz nocą chwycił
że zimne smagnęły wichry

on zna swą powinność -
pierwszy ma zakwitnąć

nie może zawieść wiosny
jej przewodnik

nie zawodzi się tych
co na nas liczą!



STRATY

Straciłam zbyt wiele
by nie odczuć strat
by po nich nie płakać

najpierw
pozbawiono mnie marzeń
uczepionych obłoków
i odarto ze złudzeń
zakopanych głęboko

potem
wyszarpnięto pochodnię
miłości
którą dumnie niosłam
jak chorągiew

wydarto
moje stłamszone uczucia -
tak piękne
że tylko robić z nich bukiety
i rzucać na serca...

chciano nawet
zrobić zamach
na niezależność moich sądów
aż już sama
zgubiłam siebie
i nie wiem
jaka jestem naprawdę
i dokąd zdążam



Aż rozpostarł się między nami
milczący ból pożegnania
sączący jak smuga
gasnącego dnia

słowa umarły
nim się urodzić zdążyły
i tylko wzrokiem goniłam
oddalającą się postać
którą widzę do dziś
jak znika

porwał mi cię wiatr
czy świat
albo te niedomówienia
co mówiły zbyt wiele

wspomnienia płowieją
blizną białych plam
pozostajesz tylko
na pożółkłych kartach pamiętnika

nasza przeszłość
to już fotografii sepia
a jednak oczu twoich błękit
jak słodki żar
chowam w szufladzie
na dnie serca



Puchnie we mnie poezja
dojrzewaniem winogron
jeszcze trochę kwaśnym i cierpkim
smakiem morwy

zastygłe krople milczenia
jak krzepnąca krew
oplatają mnie
różańcem cierpienia

a słowa
ugrzęzłe w mazi niedomówień
jak kociak łaknący pieszczot
naprężają grzbiet
i czekają wypowiedzenia



SKAZAŃCY

Od urodzenia
żyjemy jak skazańcy
z wyrokiem na karku
w zawieszeniu
na klamce
każdego dnia

dajemy nura
w odmęty ułudy
świadomą ucieczką
w udawaną nieświadomość
tej jedynej pewności
że przecież kiedyś
będę ja
i będziesz ty...
następny!

każdego z osobna
albo grupami
powołają w kolejności
zapisanej na liście nieobecności

ale nie będzie pominiętych
w tym jednym przypadku
nie przysługuje prawo łaski



Dałeś mi Panie
ikarowe skrzydła
co unoszą
ku słońcu
ku obłokom

ale tym samym
skazałeś
na nieuchronne spadanie
we wzburzone fale
bagna
przepaście
i rozbijanie
o cierniste skały

tylko dlatego
by wznieść się wysoko
i omamić blaskiem



ZABAWA Z ŻYCIEM

Życie bawi się ze mną
w chowanego
raz
pokazuje radosną twarz
potem
kryje głowę
ucieka
w cień się chowa

to znów gra w zielone
daje mi ten kolor
jak szansę
mam zielone światło
i drogę otwartą

nagle - zabiera
brama zamknięta
runął
mój karciany domek

i tak dokoła
od ściany do ściany
było i nie ma
wysoko - nisko
widoczne - ukryte
wygrałam - przegrałam
jak to w życiu...



Przybliżali się powoli
sunąc wielką gromadą
i ustawili się skrzywdzeni
z rachunkami do spłacenia
z długami do wyrównania

zażądali zwrotu
bezpodstawnie przyjętych pochwał
niezasłużonych wyróżnień
panegiryków napisanych obłudnie
niepotrzebnie przywołanych wspomnień
moich potknięć na gładkiej drodze
niedotrzymanych obietnic
słów rzucanych na wiatr
dni przeżytych byle jak
niedostrzeganie szczęścia
kiedy pełno było go wszędzie
że tylko czerpać...

stanęli bardzo blisko
i upomnieli się o wszystko
a mój kufer był pusty!
opróżnił się
nim się zdążył napełnić



Ziemio
jak matka rodzona
ojcowy zagonie
moja stopa na twoim grzbiecie
wciąż ta sama
choć wykrzywiona wiekiem

lecz ty już nie nasza
nie moja
to obcy ją uprawiają
ale w sercu
i młodości wspomnieniach
zawsze moją będziesz

tu wracam
zataczając koło
gdzie mój eden



Kraino lat dziecięcych
gdzie w otoczeniu wieżyczek kościołów
puchną kopuły cerkiewne
i zlewają w jedno
połączone w łaciaty witraż
tyle łączą co dzielą
jak wyrzut sumienia

ziemio jak matka rodzona
czemu
na twoim łonie
lokują Boga w różnych domach
kiedy On i tak
mieszka w nas...

serc swoich świątynie
wypada upiększać
i dekorować
a okazałe budowle
być może
wcale nie służą Bogu?

to ludzie je wymyślili
i tworzą
na chwałę... sobie!



MÓJ HOŁD

Nienawidzę sprzątać, odkurzać,
co trwa całą wieczność i dłużej,
ustawiać, dodawać blasku -

chylę czoło przed tobą, sprzątaczko...

nie lubię gotowania,
krajania, smażenia, przyprawiania;
te góry talerzy, mis, garnków -

chylę czoło przed tobą, kucharko...

nie znoszę w swoim mieszkaniu
woni proszku do prania,
choć piękno przywraca łaszkom -

chylę czoło przed tobą, praczko...

tak wielu tych prac nie lubię,
że w wyliczaniu się gubię,
co w pocie czoła i trudzie -

klękam przed wami, ludzie!



Czasem
tumany sinych chmur
przesłaniają całe niebo
że nie dostrzegasz
nawet promyczka nadziei
choć świat się śmieje
a słońce kąpie w blasku
wszystko co po drodze

czasem deszcz
leje gradem łez
(mówią - słony deszcz)
a inni się radują

tak już jest -
jeden przy weselnym kołaczu
a drugi nad trumną rozpacza

i wydawać by się mogło -
marnie urządzony świat
gdy ofiara płacze
a triumfuje kat

ale wierzę
że to tylko "porządek" ziemski
że jest sprawiedliwość inna
musi być!
bez tej nadziei trudno byłoby żyć

ufam
że przecież kiedyś
ustawią naprzeciw siebie
w dwu równoległych szeregach
gnębionych i oprawców
by ich pozamieniać miejscami
i poniewieranych
umieszczą pomiędzy pierwszymi
a obecnych triumfatorów
uczynią ostatnimi

wtedy wszystkie moje
łzawo-szare dni
nabiorą kolorów
a ich ziemskim ciężarem
jak niewielką monetą
pozwolisz odkupić Panie
okruch dzisiejszych win

za pozostałe
przyjmę sprawiedliwą karę



PYCHA I POKORA

Wspięłam się wysoko
na swojej pychy obłok
by wymądrzając na prawo i lewo
surowe wyroki ferować

z tego szczytu próżności
mojej obserwacji
wszyscy wyglądali
jednakowo pokracznie

i alkoholik pod płotem
i klepiąca pacierze dewotka
i wyrodna macocha
i nadopiekuńcza matka
i ten który milczy
i kto ciągle papla
i pogrążony w żałobie
i taki co chichocze przy lada sposobie
i leń patentowany
i pracoholik
i przemądrzalec
i pokorny

zapatrzona na ostatniego
zstąpiłam do szeregu



ŚMIERĆ BAŁWANA

Wreszcie sypnęło -
milusińscy wyciągnęli sanki
małe niezgrabne narty
tyle hałasu!
dziś nie ślizgają się jak kiedyś
na butach albo pupach
to nie te czasy!

przed moim oknem urósł bałwan
dzieło sąsiedzkich dzieciaków
co utytłane w śniegu po pachy
sprawiły sobie krótką radość

przez kilka dni
królował jak stróż przy kamienicy
wkrótce
zaczął się skłaniać ku ulicy
wreszcie
runął jak omdlały
i pocałował ziemię

jakiś czas w upojnym akcie trwali
przywarci do siebie coraz bardziej
w dziwnej mozaice czarno-białej
póki go całkiem nie pochłonęła matka-ziemia

przez swoje okno widziałam
agonię bałwana

w czasach mojego dzieciństwa
mógł stać tygodniami
teraz szybciej umierają
nawet bałwany



O świcie na łące
całowałam kwiaty

brzask pąsowił im płatkowe lica
spod przymkniętych powiek
strząsały sen
i otwierały nieśmiało kielichy
w szerokim uśmiechu do słońca

o zmierzchu na łące
żegnałam kwiaty
krwawy blask je oblewał
łuną gasnącego żaru
a one spryskiwały się
przedwieczorną rosą
dla ochłody
i delikatnie otulały do snu
kołderką aksamitnych płatków

kwiaty rankiem zbudzą się znów
otworzą szeroko oczy
rozprasują wiatrem sukienki
tak samo jutro pojutrze
za sto dni i za sto lat

one doznają reinkarnacji
ja - efemeryda
umieram coraz więcej i więcej
kiedyś
nie otworzę oczu
nie założę nowej sukienki

kwiaty pozostaną na posterunku...



LISTOPADOWE DRZEWA

Bezlistne drzewa
sterczą przestraszone
i zawstydzone
swoją nagością

ktoś zdarł im gwałtem
przepyszne szaty
wiatr śmieje się chytrze -
listopad mu nakazał

nieobecne i zadumane
przed zapadnięciem
w zimowy letarg
poddają się z rezygnacją
skrzypiącemu wyciu
jak pożegnalnej kołysance

ale to przecież
tylko niebyt chwilowy
wkrótce doznają odnowy
aby wystrzelić ku słońcu
rzęsistą zielenią wiosny

i zapomną
o lęku i zawstydzeniu
aby powrócić
do tych samych obaw jesienią



BŁAGANIE O DESZCZ WIOSNĄ 2000

Ptakom zasycha w gardłach
przestają śpiewać
kwiaty więdną
trawa uschła całkiem
liść przedwczesny spadł z drzewa
Boże - przestań się gniewać!

spopielała ziemia kryje nasiona
co nie chcą wzejść
choć słońce świeci
pragną pić
nie będą kolorami się wdzięczyć
Panie - ocal kwiatów uśmiechy!

podsychają małe korzonki
ziół i traw
przepojone trwogą
Ojcze - spraw
by nie zwątpiły
że jeszcze żyć mogą!

O wszechmogący -
ześlij deszcz
wstrzymaj się z karą
poczekaj

choć dobrze wiem
że karać masz za co...



PESYMISTYCZNIE

Kiedy szczelnie zaklejoną kopertę snu
rozdziera bezkarnie wściekły jazgot budzika
wysypują się pachnące kartki
zapisane jaśminem i słowikami
przyklejonymi jeszcze
do różowej poduszki marzeń

i odfruwają słowiki
jaśminowej woni jakby nigdy nie było
szklane góry spadają z łoskotem
zamienione w rozpryśnięte kryształy łez

sielanka przeistoczona z nagła
w ostatni akt dramatu -
siedzę na ruinach pościeli
ze skamieniałymi tarczami źrenic

a potem stawiam nieśmiało
szaro-dzienne kroki
potykając się o gruzy
różano-nocnego szczęścia



Wystarczy
skończona liczba par butów
a w przedpokoju
i tak pozostanie szereg
ustawionych jak do marszu
nadaremnie

wystarczy
skończona liczba sukien
a i tak na wieszakach
jak na chudych ramionach
smętnie zwisać będą
po moim odejściu
niepotrzebne

tylko nieskończona liczba
kwiatów w ogrodzie
które zakwitną potem
by inne ucieszyć oczy

i bezmiar gwiazd
na granacie nieba
co błyszczeć będą
do skończenia świata

a najbardziej trzeba
dobrych dzieł
pozostawionych
w pamięci
znajomych i nieznajomych
i zaksięgowanych
w rubryce MA
dla przeciwwagi
tej z napisem WINIEN



KONCERT



Oczekiwanie -
cisza...
wzrok artystów
utkwiony w Mistrza

na Jego znak
zdecydowany
muzycy ruszyli w takt
kolejno jak zaczarowani

... i obudziła się wiosna -
w rześkich tonach
dzwoniły skowronki
jak szalone
niższe udawały
rechot żabek zielonych
muzyka cieplała
w coraz więcej słońca
aż pierwsza pora roku
dobiegła końca

... i rozlało się lato
nadbrzeżną falą -
szum morza
słyszałam doskonale
i bzyczenie pszczół
i leciutki lot motyli
i szelest starych smreków
w wakacyjnej wspinaczce
na szczyty tatrzańskie
i spadanie z drzew
pierwszych owoców
i skrzypienie kół wozów
od pól ciągnących
ze zbożem



... w nagłym szeleście skrzypiec
posypały się liście
frunęło babie lato
nad opustoszałym ścierniskiem
ptaki nostalgicznie
zwoływały się na odlot
wiatr szarpał nerwowo
gałęzi klawisze -
aż nastała cisza

Mistrz wzniósł smyk
jak batutę -

... i sypnęło zawieruchą
a późniejsze leniwe
strun mruczenie
to śnieżny puch
spadający spokojnie na ziemię
wnet miarowy głos kontrabasu -
brnięcie końskich kopyt
po zaspach

jechałam tymi saniami
jak zimowa pani -
zamknęłam oczy...

cały rok się przetoczył
muzycznie
lirycznie
i dramatycznie

zdumiona dzieła wielkością -
uklękłam z wdzięcznością
w podzięce
za gorące serce
Antonia Vivaldiego
i błogosławione ręce
Mistrza Kulki Konstantego



Melancholio -
córko moja
już pełnoletnia
córko jedyna
(nie mam syna)
jakże wyrosłaś
na moich sokach

urodziłam cię
z bólu istnienia
i niespełnienia
z duszy samego wnętrza
z głębi swojego jestestwa

... to musiało boleć
córko moja
Melancholio...
i boli!

jesteś dorosła
a wisisz przy piersi
jak małe dziecko
wydzierasz mi struny serca

czasem bywasz
cierpka złośliwa -
wtedy zwą cię Depresją
(znów cię urodziłam)

niekiedy ciężką
głęboką -
wówczas najwięcej boli
bo się rodzisz na nowo

a ja cię musze przyjąć
boś moje dziecko
choć się zjawiasz skrycie
nagle zdradziecko

czy wina
lęk i trwoga
będą już zawsze
przy tobie
uczepione odwiecznie
sukni upiornego trenu
sunącego złowieszczo po ziemi
co uparcie za tobą podąża?

córko - sfolguj
spójrz
świeci słońce
czy musisz trwać przy swoim?
to ciągle boli!...

tak matko
tak -
drżenie i niepewność
to twojej córki znak

Melancholio -
z tobą od lat
(może dzięki tobie?)
żyję oddycham
tworzę trwam...

zostań więc taka sama -
zostań!

padła w ramiona
wdzięczna
przylgnęła do serca
moja panna późnojesienna -
zostaje!

jest dla mnie piekłem
i... rajem!


Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone

Autor : Jadwiga Zgliszewska

 

 

 

 

Powrót              Wiersze Kasi