Mądrość mściciela


Zbigniew Żbikowski

"W życiu nie jest ważne
by nie upaść,
ale żeby się podnieś z każdego upadku"
Nellson Mandella


Myślał, że wybaczył. Jednak kilka razy spotkał go na ulicy. Wiedział, że to on, ponieważ jako policjant szybko ustalił kim on jest, co robi w kraju, jak wygląda, gdzie mieszka. Gdy go widział, to coś w nim się gotowało. Ostatecznie, po upływie około połowy roku, wypełniła go wściekła zazdrość. Był wściekły na Annę, a jeszcze bardziej na niego.
Kilka tygodni później był już wrakiem człowieka. Myśl o zdradzie żony i o tym, że dotykał ją tamten facet nie dawała mu spokoju. Zakwitła w nim żądza zemsty. A jaka może być zemsta zdradzonego męża, jak nie zabicie gacha? Samo zabicie? Z tym mógł być problem, bo nigdy dotychczas nikogo nie zabił. Ale jeżeli chodzi o wybór metody - tu miał potężne możliwości. A szczególnie jeżeli rozchodzi się o dobór narzędzi. Miał do wyboru karabin snajperski SWD, "kałasznikow" z tłumikiem, pistolet, bagnet, gazy obezwładniające, granaty, materiały wybuchowe i tym podobne. Wystarczyło tylko wejść do policyjnych pomieszczeń służbowych grupy w której pracował. Klucz od szafy z bronią był schowany w szufladzie biurka jego szefa. Wybrał "kałacha" z tłumikiem. Świetna, cicha broń. Wybrał tą broń ponieważ liczył się z tym, żeby nie skrzywdzić niewinnych, postronnych osób. Dlatego konstruowanie bomby nie wchodziło w rachubę. Natomiast ciche załatwienie sprawy umożliwiło by mu odejście z miejsca zbrodni. Wybrał tą broń także dlatego, że bardzo dobrze strzelał z tej broni. Kiedyś zdobył tytuł mistrza kraju w zawodach strzeleckich.
Nie miał najmniejszych problemów z wyniesieniem tej potężnej luśni wraz z amunicją poza budynek komendy. Wszedł do domu, którego strych znajdował się na wprost mieszkania jego przyszłej ofiary. Odległość do celu około czterdziestu metrów - nie mógł spudłować.
Był wrzesień, a może początek października. Około godziny dwudziestej było już całkowicie ciemno. W pewnym momencie dostrzegł na ulicy dobrze znaną sobie sylwetkę tego mężczyzny. Nie zdecydował się na załatwienie sprawy w tym momencie. Uważał, że wykończenie go na ulicy może przykuć uwagę jakiegoś przypadkowego przechodnia. Taki świadek nie byłby mu na rękę. Mógłby przecież zauważyć jego odejście i połączyć fakty. Wersja, w której sprawę załatwi przez okno mieszkania swojej ofiary bardziej mu odpowiadała. A to dlatego, że dzięki tłumikowi usunięcie gościa nastąpi cicho, niezauważalnie i skutecznie. Zanim go znajdą w jego mieszkaniu minie z pewnością co najmniej kilka godzin.
Dymitr, bo tak miał na imię cel, wszedł do swojego mieszkania. Okna w mieszkaniu Dymitra były na tyle duże, że było widać jak nalewa on wodę do czajnika i stawia go na gazie.
- Pewnie chce się napić herbaty - pomyślał gniewnie.
- Ostatniej herbaty w życiu!
Z jakichś przyczyn postanowił, że da Dymitrowi wypić tą herbatę. Pomyślał sobie, że każdy skazaniec ma prawo do ostatniego życzenia - na przykład wypalenie ostatniego papierosa. Większość takich ludzi miało zapewne tą sposobność, by takie życzenie wyrazić, bo wiedzieli, że to już koniec. Dymitr nie mógł tego wiedzieć, więc to on - kat podjął decyzję za niego.
Po kilku chwilach Dymitr usiadł na kanapie z filiżanką jakiegoś gorącego napoju. Nie wiedział, czy rzeczywiście pił herbatę, czy może był to inny napój. To już nie miało żadnego znaczenia. Zaczął ostateczne przygotowania do zamierzonego czynu. Wziął karabin i podłączył do niego magazynek z amunicją... Upewnił się, że nikogo nie ma na strychu i najciszej jak umiał przeładował broń. Podszedł spowrotem do okna, oparł się o parapet, i złożył do strzału.
Był niesłychanie spokojny... Wycelował w głowę tego faceta i stwierdził, że na pewno go trafi... Pozostało tylko pozwolić mu dopić ostatni napój. Po chwili stwierdził jednak, że ofiara popijając sobie siedzi spokojnie na kanapie, dzięki czemu jest bardzo dobrze widoczna, a jej zachowanie przewidywalne. Dlatego, zmienił zdanie. Uznał, że tych parę łyków, które cel już wypił, musi mu wystarczyć...
Decyzja zapadła!
Odbezpieczył broń i wycelował lekko ponad prawe ucho mężczyzny. Wziął głęboki wdech... lekko wypuścił powietrze i zaczął naciskać miarowo i płynnie na język spustowy. Czas jaki to trwało - to była wieczność. Jako wytrawny strzelec nigdy nie wiedział, kiedy dokładnie padnie strzał. Nie wiedział tego też wtedy. Widział wyraźnie twarz tamtego człowieka- zadowoloną z tego, że zabrał mu żonę... To oczywiście było jego wyobrażenie. W gniewie nie brał nawet pod uwagę faktu, że Dymitr najpewniej po prostu delektował się smakiem spożywanego napoju.
- Ciekawe, co by zrobił, gdyby wiedział, że za chwilę umrze? - pomyślał wtedy. Pewnie chciał się jeszcze mocniej podrajcować, bo zaczął sobie wyobrażać jak Dymitr błaga o darowanie mu życia. Wyobraził sobie, jak ze łzami w oczach obiecuje mu, że nigdy więcej tego nie zrobi. Widział oczami wyobraźni jak mężczyzna pełza u jego stóp...
I gdy tak sobie to wyobrażał, to przestał zwiększać nacisk na język spustowy. Nagle zdał sobie sprawę z tego faktu. Zabrał się do tego jeszcze raz... Tym razem już był tak skoncentrowany, że...
Dymitr ponownie podniósł filiżankę do ust. Widać było, że picie tego napoju sprawia mu ogromną przyjemność. Wziął kilka głębokich wdechów.
- Czekaj brachu, załatwię to szybko i bezboleśnie... - pomyślał celując.
- Wybacz mi! - dodał w myślach.
- Wybacz mi?! - złapał się na tej dziwnej prośbie do swojej ofiary.
- Co masz mi wybaczyć? To, że sprzątnę Ciebie za to, że zdeprawowałeś moją ukochaną żonę?! Że przyprawiłeś mi rogi? Że zbezcześciłeś świętość mojej rodziny?
Już się wydawało, że teraz to zrobi, bo ma wystarczającą motywację... Aż tu nagle w jego głowie pojawiła się myśl:
- Ale ona też jest winna temu co się stało!!!
Jej wymowa wydała mu się tak silna, że zdjął palec ze spustu - ciągle jednak celował w głowę Dymitra. Myśli kołatały mu się jak szalone. Ale ta była przewodnia. Ona zbudziła w nim refleksję, że przecież to nie wina osy, że wlezie do miodu, kiedy słoik jest otwarty. Osa ma swoją naturę - a słoik powinien być zamknięty. Kto więc ponosi winę za to, że osa utopiła się w miodzie?
To dziwne rozumowanie spowodowało, że pojął, iż odium odpowiedzialności za niewierność jego żony spada na nią samą. Dymitr musiał by być szaleńcem, żeby nie próbować poznać tej pięknej kobiety.
- No chłopie - powiedział w myślach do Dymitra - niewiele brakowało, a utopiłbyś się w tym miodzie. Żyj sobie... Niech tam...
Odszedł od okna. Usiadł na podłodze. Był wściekły na swoją żonę. Ponownie do niego wróciło to, co odczuwał wtedy, kiedy po raz pierwszy dowiedział się o jej zdradzie. Długo nie mógł zdecydować co dalej. Tak naprawdę to zgłupiał. Nie wiedział, na kim się mścić? Na Ance?
- Co mam jej zrobić? Zabić ją? - myślał.
Przecież powiedział, że jej wybaczył... Ale wtedy traktował ją jak ofiarę żądz Dymitra. Teraz zrozumiał, że sprawcą jest ona.
- Może ja nie robiłem wszystkiego, by była przy mnie szczęśliwa?
Pomyślał o samobójstwie.
- To też nie jest rozwiązanie! - powiedział sobie na głos.
- Nie mogę się zgodzić na to, by moja córka miała ojca, który się zabił - dodał po chwili.
Nie chciał, żeby Kasia zastanawiała się w przyszłości nad przyczyną tego, co by zrobił. Chciał móc jej w dalekiej przyszłości wyjaśnić, dlaczego postępował tak, a nie inaczej. Zależało mu na tym, aby nie obciążać jej bagażem ojca samobójcy. Zdawał sobie sprawę z tego, co mówią statystyki na temat samobójstw. Mówią one, że znaczna grupa osób targających się na swoje życie pochodzi z domów, w których coś takiego przydarzyło się któremuś z rodziców. Nie mógł się zgodzić na takie obciążenie psychiki swojego dziecka. Nie mógł się też zgodzić na takie rozwiązanie, bo kiedyś obiecał sobie, że nigdy tego nie zrobi. Kiedyś, siedząc w kinie, wyobraził sobie, że życie jest jak film. Ci, którzy wychodzą z kina w trakcie seansu, są podobni do samobójców - nigdy nie poznają ostatecznego zakończenia. Obiecał sobie, że dotrwa aż do tego momentu, kiedy zaczną wyświetlać listę osób, które wystąpiły w tym filmie.
- Doczekam bez względu na to, czy film, w którym gram to komedia, przygoda, czy dramat - mawiał.

Tą historię kilka lat później Marek opowiedział Alicji. Ona słuchała z szeroko otwartymi oczami, czym dała wyraz swojemu niedowierzaniu.
- No dobrze, ale powiedziałeś, że zrobiłeś coś strasznego... - powiedziała.
- Tak, przecież chciałem zabić człowieka.
- Wiesz, myślę, że to mogło być strasznie złe. Mogło, gdybyś to zrobił. Ale ty tego nie zrobiłeś. Upadłeś. To prawda! Ale się opamiętałeś i podniosłeś. Wyszedłeś z tego jako zwycięzca. Tak to widzę. Myślę, że Ty już wiesz jaka jest siła żądzy odwetu i teraz jej już nie będziesz ulegał. Myślę też, że postąpił byś sprawiedliwie, gdybyś przebaczył...
- Już przebaczyłem - wtrącił.
- To dobrze.
- Przebaczyłem, bo zrozumiałem, że ja też w życiu upadałem. Są mi obojętne losy mojej byłej żony i Dymitra, ale nie życzę im źle - zamilkł i posmutniał.
- Ona rani mnie nadal - powiedział.
- Odebrała mi dziecko i wmawia mu, że ja jej nie kocham. Mówi wszędzie, gdzie się da, że grożę jej śmiercią. Ale ona nie ma pojęcia o tym, co ja myślę. Ja wiem, że nie mam prawa odbierać nikomu życia tylko dlatego, że bardzo mnie kiedyś zranił lub sprawia mi ból zabierając mi coś cennego. Życie jest bowiem cudem. Jest darem od Boga.
Marek przerwał na chwilę. Spoglądał gdzieś w dal poprzez ściany pokoju. Było widać, że myśli o czymś bardzo ważnym. Po chwili powiedział:
- Tak! Gdybym musiał ratować życie niewinnych ludzi to mógłbym zabić, gdyby to było konieczne. Unicestwiłbym czyjeś życie lub sam poległ w otwartym starciu. Jednak proszę Boga, by oszczędził mi takich prób. Ufam mu i wierzę, że On mnie prowadzi przez życie. Wierzę, że mnie wzmacnia i przygotowuje do przyszłych zadań, które w życiu przyjdzie mi wypełniać. Wiem już, że zemsta nie jest właściwą drogą. Oczywiście mam prawo do obrony swoich interesów, lecz wyrzekam się zemsty na zawsze.