Któregoś dnia zauważyłem na czubku łodyżki mały pączek. Moja radość nie miała granic. Roślinka zakwitnie. W tym dniu podlałem ją szczególnie obficie, rosą piękna i kroplami szczęścia.
Położyłem się spać ze świadomością, że posiadam coś cennego.
Przebudziłem się rano stwierdzając, że moją świadomością zawładnęła wyłącznie jedna myśl. Roślinka zakwitła.

Na szczycie łodyżki puszył się przepiękny, purpurowy kwiat miłości.



Niebiańska Flora pachnąca wiosną i kiełkująca trawą odziana jedynie w wianek z krokusów opowiadała wszystkim jak podniecające są muśnięcia skrzydeł motyla.
Mimo oczarowania wyczuwałem podświadomie jakiś dysonans. Któryś z elementów tej mozaiki nie pasował.
Nie potrafiłem określić co zakłóca ta doskonałą harmonię.
W pewnej chwili mój wzrok wyłowił kobiecą postać, która swym wdziękiem wprawdzie dorównywała bóstwom, ale była inna. Zastanawiałem się na czym polega ta inność. Skupiłem się wyłącznie na niej.
Jej delikatna przeźroczysta sukienka utkana z pajęczyny poezji nie ukrywała wręcz doskonałych kształtów mogłem też dostrzec na jej ciele małe pieprzyki, włosy okalające regularną śliczną twarz były namacalne.
Uświadomiłem sobie, że ona jest żywa. Ona istnieje. Ona to Ty. Niestety też nierealna.


Pasjans

Siedzę w przytulnym hotelowym pokoiku i kładę pasjansa z kart mojego życia. Może mi powie co przyniesie jutro.
Tasuję te karty i rozkładam na suknie moich przeżytych lat.
Zgodnie z kanonem pasjansowym nakładają się one na siebie w absolutnej przypadkowości.
Trefle moich potknięć zachodzą na kara sukcesów, piki smutków i żali rozdzielają kiery uniesień.
Próbuję je ułożyć w jakąś logiczną sekwencję, ale nie pozwalają na to figury i blotki blokując dostęp do kart które chciałem korzystnie dla mnie skonfigurować.
Tasowałem karty kolejny już raz. Rozkładałem je wykorzystując wszelkie znane mi kombinacje.
Pasjans nie chciał wyjść. Coś się nie zgadza. Przecież zawsze kiedyś wychodzi.
Ten pasjans niestety nigdy nie wyjdzie.
W tali brakuje jednej karty.
Damy Kier.


Morfeusz

Zaprosił mnie wczoraj Morfeusz na przyjęcie do pałacu marzeń sennych. Długo kluczyliśmy drogami na pograniczu jaźni i snu, aż w końcu zobaczyłem otwartą na oścież ozdobioną erotycznymi płaskorzeźbami bramę wspaniałego oświetlonego zorzą pałacu. Na progu przekazał mnie Morfeusz w ręce niespotykanej urody nimf. Nimfy odziane tylko w zwiewne skąpe muśliny tańcząc w około wprowadziły mnie na salony. Tworzące doskonałość architektoniczną wnętrza ozdobione najwspanialszymi obrazami i rzeźbami znanych mistrzów stanowiły jedyną w swoim rodzaju oprawę dla bawiących w pałacu bogiń i piękności minionych wieków. Wspaniały prezent ofiarował mi Morfeusz .Byłem jedynym mężczyzną w tym przybytku.
Trochę onieśmielony przechadzałem się po korytarzach i salach tej nieziemskiej budowli zanurzając się w niezwykłe damskie zapachy i chłonąc urody kobiet ciągle nienasyconym wzrokiem .Przy niektórych zatrzymywałem się na chwilę zastygając w kontemplacji.
Podziwiałem Wenus tłumaczącą jaki zbawienny wpływ dla kobiecego ciała ma morska piana, nie potrafiłem oderwać wzroku od Kleopatry która odziana była tylko w klejnoty Egiptu. Dłuższą chwilę wchłaniałem w siebie urodę Maji Nagiej mówiącej o doskonałości pieszczot pędzla Goyi. W jednym z korytarzy otoczyła mnie grupka amazonek o jędrnych ciałach i prowokujących piersiach, które starały się mnie przekonać o zbędności rodzaju męskiego. Przepływające obok mnie najdoskonalsze kształty kobiece, zniewalające głosy
przesycone miłością i erotyką zapachy oszałamiały mnie i wprowadzały stan totalnej rozkoszy.


Deszcz

Zmierzch. Szaro, ponuro. W zasadzie ta pogoda odpowiada mi.
Nie burzy mojego nastroju.
Patrzę w okno o szyby wiatr rozbija krople deszczu.
Mocniejsze podmuchy powodują, że krople zlewają się w fale spływające w dół szyby i nikną gdzieś za parapetem.
Ale gdy wiatr cichnie kropelki spływają wzdłuż szyby pojedynczymi stróżkami, kręcą się i wiją tworząc fantazyjne wzory i obrazy. Niektóre krople łącza się z sobą i spływają szybciej od innych jakby brały udział w jakiejś deszczowej gonitwie.
W pewnym momencie zauważyłem jak dużo małych kropelek zaczęło wodnymi kreskami szkicować jakiś rysunek.
Te większe krople zaś zamalowywały powierzchnie miedzy kreskami i tworzyły tło.
Nie chciałem w to uwierzyć ale tworzony przez deszcz obraz stawał się coraz bardziej realistyczny.
Te najdrobniejsze kropelki, bardzo delikatnymi liniami rysowały długie opadające na ramiona włosy okalające kobiecą twarz której policzki i nabrzmiałe od pocałunków usta wypełniły swa dojrzałością grube krople.
Twarz stawała się coraz bardziej wyraźna.
Uliczna lampa rzucając w koło odłamkami światła spowodowała, że oczy deszczowej dziewczyny skrzyły się blaskiem jaki można zauważyć tylko u kobiet zakochanych.
Patrzyłem zafascynowany na to zjawisko modląc się by jakaś siła utrwaliła je we szkle.
To była Twoja twarz.
Dzwonek Podszedłem do telefonu. Ktoś zadzwonił pomyłkowo.
Szybko wracam do mojej szyby. Cholera!
Wiatr podmuchami rozbija krople deszczu o szybę które falami spływają za parapet.


Plaża

Przechadzam się jak co dzień plażą. Łagodna bryza pieści mą twarz, a fale delikatnie liżą mi buty.
Czasami znajduję muszelkę. Przykładam ją do ucha, a ona szepcze mi słowa tęsknoty rzucane w morze przez żony marynarzy. Gdzie niegdzie też błyszczą bryłki bursztynów, jasne nasycone niewinnością dzieci i te ciemniejsze, w których zaklęta jest miłość wiernych sióstr, żon i matek oczekujących na powrót rybaków.
A gdy trafiam na małże szukam w nich pereł uczuć. Rodzą się one z ziarenek niespełnionych miłości, które ze łzami, kobiety wylewają w morska toń, a tam Posejdon pieszczotliwie karmi nimi perłopławy.
Spaceruję godzinami. Na mych wargach osiada morska sól. Tak pragnę aby "Ona" zcałowała ją.
Wyobraźnia podsuwa mi obraz jej ślicznie wykrojonych ust i słodycz pocałunków zmieszana z goryczą nierealności.
Z zadumania wyrywa mnie krzyk mew. Patrzę za siebie i przyglądam się jak fale zmywają ślady mych stóp
zacierając je jak przeszłość.
A przede mną jeszcze wiele mil plaży.
Może na którejś z wydm spotkają się nasze ślady.
Robię kolejny krok w przyszłość.


Dekadentyzm

Kolejny dzień spędzam w knajpie życia. Siedzę przy nie pierwszej czystości stoliku wspomnień. W rogu lokalu z głową opuszczoną na blat stołu drzemie odurzony naukowiec. Przychodzi tutaj bo brakuje mu jednego równania we wzorze chemicznym eliksiru młodości. Przy barze stołki okupują piosenkarz który zdarł struny głosowe śpiewając bez końca pieśni niespełnionej miłości i pisarz którego pegaz złamał nogę.
Barman Smutek serwuje kolejne szklanki goryczy. Między nogami plącze się rudy wyliniały kundel który zdradził swojego pana. Czeka na spadające ze stołów podchmielonych gości okruchy współczucia.
Piękna w swojej wulgarności ladacznica sącząca kolejny kieliszek żalu próbuje obnażając swe wątpliwej świeżości wdzięki uwieść kogokolwiek.
Właścicielka tego przybytku niejaka Frustracja nie może narzekać na brak klienteli.
Pomimo, że lokal jest brudny, tonie w oparach beznadziejności i kłębach dymu rezygnacji, nie dam powiedzieć złego słowa na ta knajpę.
To jest mój dom.


Muzyka

Świat stał się muzyką. Moje kroki na chodnikach usypiającego miasta stepowały rytm radosnej taranteli.
Wiatr poruszając strunami przydrożnych drzew pieścił dusze melodiami Santany. W tempie walca kręcił się nad moja głowa gwiezdny firmament. Noc na trąbce z blachy księżyca wygrywała serenadę ciszy. Wiecznie żywy w swej Błękitnej Rapsodii Grschwin łączył z sobą usta kochanków przytulonych w bramach kamienic.
Podświetlone klawisze okien układały nuty w nokturny Chopina. Gdzieś wśród nostalgicznej muzyki tej metropolii w małym pokoiku "Ona" nakładała na pięciolinie uczuć nutki nowej płynącej z serca melodii.
Smyczkiem tęsknoty z wiolączeli pustki wydobywała dźwięki niespełnionej miłości tworząc kompozycję smutnej ballady.
Starałem się stepować jak najgłośniej i jak najweselej. Wystukiwałem rytmy nadziei i zbliżającego się szczęścia. Chciałem by je usłyszała. Myśl dopisywała do tych rytmów słowa przeznaczone wyłącznie dla niej
wplątując w nie refren znanej melodii " usta milczą, dusza śpiewa ......................." .


Ryszard Til