Dwaj królowie tego świata stanęli w świątyni z darami. Ofiary złożyć doroczne pragnęli, a gdy to uczynili, każdy z nich prośby swoje wyraził. Wiedzieli bowiem, że tego dnia to jedno życzenie tam wypowiedziane zostanie spełnione.
- Daj mi Panie bogactwo niezmierne! - wołał dumnie król kraju jednego
- Mądrość mi daj Panie! Mądrości jeno pragnę, by móc do Ciebie się zbliżyć - prosił cicho i skromnie ten drugi władca.
Gdy prośby swoje na ołtarz składali wiedzieć nie mogli o wielkiej tajemnicy. Spełnienie nigdy wprost nie przychodziło do proszącego. Zawsze drogami krętymi docierało do niego to, o co poprosił.
Kapłan wyszedł przed oblicza władców i znak im dał, że oto spełnili warunki, by to jedno w życiu życzenie zostało wysłuchane przez Pana.

Król o bogactwo proszący wszedł na swój tron strojny i wysoki, spojrzał na zbiór swoich poddanych trwających w poddańczym ukłonie i rzekł do nich dumnie wznosząc czoło:
- Mam prawo dane mi od Boga, by wzbogacić siebie i zasób kasy królestwa mojego. Ze względu na moje plenipotencje ogłaszam wszelkiej gawiedzi, że podatki płacić mi należy... A czynić to macie bez protestu żadnego nim sami korzyść odniesiecie. Abyście byli pełni sił do zapłaty ustalę także i inne opłaty. Więc płacić będziecie na leczenie swoje. Mimo żeście zdrowi płacić z góry będziecie memu urzędowi. Dlaczego ja mam płacić za wasze choroby? Trzos grosza na lata starości, bez względu na rasę, każdy z was ma odprowadzić do królewskiej kasy. Nakładam ja także taryfę na drogi i dukty podróżne. Może co poprawię w ich stanie? Nie wiem... Z tym może być różnie. Kto ma karocę, gdy w niej zasiędzie, także trybut należny wnosić będzie. Lecz nie miejcie złudzeń... Fakt posiadania tego wozu podatkiem obkładam, nawet wtedy, gdy w stajni on stoi. Gdy dom budować chcecie, płaćcie według taksy - budżet ma być pełny zysków dla państwa i władcy. Nie będzie litości dla żadnego draństwa, co głos przeciw podnieść zechce. Mój poborca mocniej was połechce. I niech tam... Niech na niego majątek ja stracę. Za łamanie mych nakazów każdemu odpłacę.
Rychło królewska kasa wypełniona została po brzegi. Lecz raz tylko to się stało. Miesiąca następnego poborcy nieugięci już mniej złota zebrali. Ludzie dobra swe poukrywali. Mało kto miał pracę. A gdy była - to za pensję marną. Wszystko dlatego, że lud ten pracował na czarno. Zaczęło się kraju tego przekleństwo, bo król obwołał to jako przestępstwo. Z zebranego wcześniej majątku wysupłał środki na policję skarbową. Ruszyły w świat ogary gończe, by węszyć, tropić do więzienia wtrącać. Najwięcej dla kraju uczyniło zamętu ustalenie przez władcę dla nich procentu płaconego od odzyskanego mienia już z chwilą jego zagarnienia. Ruszyła lawina niecnych pomówień i oskarżeń w imieniu prawa. Była nawet taka sprawa, że jeden kupiec w kraju się liczący, co liczydła wyrabiał, zamówienie dla szkół realizując chciał cenę im obniżyć - od wielkich podatków odciążyć. W tym celu, zgodnie zresztą z istniejącym starym prawem, za granicę wywiózł swe produkty. Później stamtąd je sprowadził już wprost do szkolnej klasy, nie uszczuplając przy tym jej kasy. Chciwa urzędnika ozwała się natura. Zarzut sformułował przeciw temu kupcowi, że wystąpił on przeciw państwa skarbowi. W protokole spisał słowa te w imieniu majestatu i człowieka zamknął za żelazną kratą. Cóż tam budżetu korzyści w szkolnej sakwie. Ważniejsze, by swoją wykonać robotę i człeka dobrego brudnym tytłać błotem. Cóż tam dobre intencje, szlachetne pobudki...? Ważniejszy zysk dzisiejszy - nie ważne, że krótki.

Władca, który mądrością miał być obdarzony stanął naprzeciw swojego ludu. Wszyscy stali wokół niego i słów jego z uwagą słuchali.
- Przyjaciele! - powiedział król z uśmiechem - Państwo nie może żyć dzięki obywatelom dopóty dopóki obywatele nie mogą żyć dzięki państwu. Taka dziś myśl mi się nasunęła. Zastanówmy się wspólnie jak tu czynić, by najprostszego człowieka dobrobyt wzrastał ku naszego kraju chwale. Wprzódy wy się bogaćcie, nim mnie się poprawi. Prawo jednak znacie więc go nie łamcie. Tu surowy będę... Lecz też sprawiedliwy, łaskawy... Lecz nie pobłażliwy! Gdy gdzie błąd znajdziecie w prawa literze mówcie jak ją naprawić. Wysłucham każdej waszej racji - uśmiechnął się do poddanych i ich odprawił. Sam zasiadł do kolacji.

Płynął czas wolno lecz nieubłaganie. Życie toczyło się swoim torem w tych dwóch krajach od siebie odległych. Bogacz głupio skończył, bo go lud znienawidził - z tronu strącił i wygnał w pustynne ostępy. Cóż z tego, że był bogaty, skoro został tępy. Mądry władca tron swój utrwalił na długie życia lata. Ludzie kochali swego króla jak własnego brata. Gdy wróg napadł kiedyś na jego krainę, wielu gotowych by za niego zginąć stanęło w kraju obronie. Męstwo i wiara w dobro zwyciężyło. Ludzie ochoczo dziesięcinę do skarbu koronnego oddawali, lecz dopiero wtedy, gdy sami zyskali. Kto nie miał pracy sam warsztat otwierał, lecz nikt z niego opłat nie zdzierał na składki zdrowotne, na emeryturę nim wpierw nie zarobił on na własną skórę. W kraju głupca przemoc i kradzieże, a w mędrca miłość dla Boga i człowieka drugiego. W kraju głupca bieda i mleko rozlane - brak wszelkiej nadziei na biegu życia zmianę. Mędrzec w dostatku ze swym ludem się pławił - lud pracował i na igrzyskach się bawił.

Wszystko to już me oczy widziały dlatego ja wierzę, że Bóg na pewno wysłucha przynajmniej jednego mojego pacierza. Więc modlę się całe życie o mądrość w narodzie świata dla siebie i dla każdego naszego brata. Niech ojczyzna nasza ma wreszcie chwilę wytchnienia, by mądrze się zastanowić co tu trzeba zmieniać. Wołam ja głośno imię mądrości, by znak mój odebrać zechciała i by wreszcie w życiu naszym na zawsze z nami zamieszkała.

Zbigniew Żbikowski



Powrót              Nauka mowy

icon2