Jedenaście minut - Paulo Coelho



Pamiętnik Marii

Gdy spotykamy kogoś i zakochujemy się, myślimy, że cały wszechświat nam sprzyja. Tak jak dziś o zachodzie słońca. Ale jeżeli coś nie pójdzie po naszej myśli, wszystko rozpryskuje się niczym bańka mydlana i znika! Czaple, muzyka w oddali, smak jego ust, jak piękno, które istniało chwilę wcześniej, może rozproszyć się tak szybko?
Życie płynie bardzo prędko: przenosi nas z raju w otchłanie piekieł, w ciągu paru sekund.



Wszystko mi mówi, że niebawem podejmę błędną decyzję, ale czyż człowiek nie uczy się na własnych błędach? Czego los chce ode mnie? Żebym nie podejmowała ryzyka? Żebym wróciła, skąd przyszłam, nie mając nawet odwagi powiedzieć życiu "tak"?
Popełniłam już błąd w dzieciństwie, gdy ten chłopiec poprosił mnie o ołówek. Od tego czasu zrozumiałam, że okazje nie trafiają się często i że trzeba przyjmować prezenty, jakie przynosi nam los. Oczywiście, bywa to ryzykowne, ale czyż to ryzyko jest większe niż prawdopodobieństwo, że autobus, który wiózł mnie tu przez czterdzieści osiem godzin, ulegnie wypadkowi? Jeżeli już mam być komuś lub czemuś wierna, to przede wszystkim sobie samej. Podobno jeżeli chcę spotkać prawdziwą miłość, muszę skończyć z nijakimi miłostkami. Moje skąpe doświadczenie pokazuje, że nic nie zależy od mojej woli - i to zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej. Ten, kto stracił coś, co uważał za swoje (a zdarzyło mi się to wielokrotnie), uczy się w końcu, że nic nie jest jego własnością.
Tak więc nie warto niczym się przejmować, tylko żyć tak, jakby dzisiejszy dzień był pierwszym (lub ostatnim) dniem mojego życia.



Byłam w lokalu, poznałam "nauczyciela tańca" pochodzącego z kraju zwanego Maroko i musiałam się uczyć każdego kroku tego, co on, który nigdy nie postawił nogi w Brazylii, uważa za sambę. Nie miałam nawet czasu odpocząć po długim locie z Brazylii, musiałam uśmiechać się i tańczyć od pierwszego wieczoru. Jest nas tu sześć, żadna nie jest szczęśliwa, żadna nie wie, co tu właściwie robi. Klienci piją drinki, klaszczą, przesyłają nam pocałunki i po kryjomu robią lubieżne gesty, ale nic poza tym.
Wczoraj wypłacono mi pierwszą pensję, ledwie jedną dziesiątą tego, co było ustalone – reszta, wedle umowy, ma pokryć koszty biletu lotniczego i utrzymania. Według obliczeń Vivian, potrzeba na to co najmniej roku pracy, co znaczy, że przez ten czas nie będę mogła nigdzie uciec. Ale czy warto uciekać? Dopiero co przyjechałam, nic jeszcze nie wiem, jaki to problem tańczyć przez siedem wieczorów w tygodniu? Przedtem robiłam to dla przyjemności, teraz dla pieniędzy i przyszłej sławy. Moje nogi nie narzekają, najtrudniej jest bezustannie się uśmiechać.
Mam wybór: mogę być ofiarą losu lub poszukiwaczem przygód wyruszającym po skarb. Wszystko zależy od tego, jak będę postrzegała własne życie.



Jestem tu już całą wieczność. Nie mówię w ich języku. Całymi dniami słucham muzyki nadawanej przez radio, wpatruję się w ściany mojego pokoju i rozmyślam o Brazylii, wyczekując z niecierpliwością wyjścia do pracy, a gdy pracuję, nie mogę się doczekać powrotu do pensjonatu. To znaczy, że żyję w przyszłości zamiast w teraźniejszości.
Pewnego dnia, w odległej przyszłości, kupię bilet powrotny. Wrócę do Brazylii. Wyjdę za mąż za właściciela sklepu tekstylnego i będę wysłuchiwać złośliwych komentarzy koleżanek, które nigdy nie podjęły ryzyka i cieszą się z porażek innych. Nie, nie mogę tak wrócić. Wołałabym wyskoczyć z samolotu lecącego nad oceanem.
Jednak okna w samolocie nie otwierają się (tego się zresztą nie spodziewałam, jaka szkoda, że nie można poczuć świeżego powietrza!), wolę więc umrzeć tutaj. Ale zanim umrę, chcę walczyć o życie. Dopóki mogę iść o własnych siłach, pójdę tam, gdzie zechcę.



Przechodziłam dziś koło wesołego miasteczka. Muszę się teraz liczyć z każdym groszem, wolałam się więc tylko przyglądać. Długo stałam przed diabelskim młynem. Większość ludzi wsiadała do wagoników w poszukiwaniu mocnych wrażeń, lecz gdy tylko młyn ruszał, ci sami ludzie umierali ze strachu i błagali, żeby zatrzymać maszynerię.
Czego właściwie oczekiwali? Skoro wybrali przygodę, powinni być gotowi pójść na całość. A może żałowali, że nie kręcą się bezpiecznie na dziecinnej karuzeli, zamiast w szaleńczym tempie jeździć na diabelskim młynie?
Czuję się w tej chwili zbyt samotna, by myśleć o miłości, lecz muszę wierzyć, że to minie, że znajdę odpowiednią pracę i że jestem tu, bo taki jest mój wybór. Moje życie jest jak ten diabelski młyn. Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa - jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka.
Niełatwo żyć z dala od bliskich, od języka, w którym umiem wyrazić wszystkie uczucia. Jednak od dziś, gdy będę przybita, wspomnę to wesołe miasteczko. Gdybym spała i nagle obudziła się w wagoniku diabelskiego młyna, cóż bym czuła?
Najpierw czułabym się niczym więzień, bałabym się wysokości, serce podchodziłoby mi do gardła, kręciłoby mi się w głowie i chciałabym czym prędzej wysiąść. Lecz gdybym miała pewność, że te tory są moim przeznaczeniem, że Bóg steruje tą maszynerią, wtedy mój koszmar przerodziłby się w podniecającą przygodę. I diabelski młyn stałby się bezpieczną i ciekawą rozrywką, która kiedyś się przecież kończy. Jednak dopóki młyn się kręci, trzeba podziwiać roztaczający się wokół krajobraz i wrzeszczeć z radości.



Pamiętam wszystko, poza chwilą, w której podjęłam decyzję. To dziwne, ale nie mam poczucia winy. Do tej pory uważałam, że dziewczyny idą do łóżka za pieniądze, bo życie nie pozostawiło im żadnego innego wyboru. Teraz widzę, że to nieprawda. Mogłam powiedzieć tak lub nie, nikt mnie do niczego nie zmuszał.
Przyglądam się przechodniom na ulicy. Czy oni wybrali swoje życie? Czy też, podobnie jak w moim przypadku, życie wybrało za nich? Gospodyni domowa, która marzyła kiedyś o karierze modelki; urzędnik bankowy, który myślał, że będzie muzykiem; dentysta, który wolałby poświęcić się literaturze; dziewczyna, która pragnęła pracować w telewizji, a dziś jest kasjerką w supermarkecie...
Wcale nie użalam się nad sobą. Nie jestem ofiarą, skoro mogłam wyjść z restauracji zachowując godność i pusty portfel. Mogłam wygłosić temu mężczyźnie wykład o moralności albo pokazać mu, że ma przed sobą księżniczkę, którą lepiej zdobyć, niż kupić. Mogłam zachować się na wiele różnych sposobów, lecz - jak większość ludzi - pozwoliłam, by los wybrał za mnie.
Pewnie, że mój los może wydać się bardziej przyziemny i mniej ważny niż los innych ludzi. Lecz w pogoni za szczęściem wszyscy mamy równe szanse - urzędnik-muzyk, dentysta-pisarz, kasjerka-spikerka, gospodyni-modelka - i nikt z nas nie jest szczęśliwy.



Nie jestem ciałem, w którym mieszka dusza, jestem duszą, która ma widzialną część zwaną ciałem. Przez ostatnie dni ta dusza obserwowała moje ciało bez chwili przerwy. Nie mówiła nic, nie krytykowała, nie litowała się - po prostu mu się przyglądała.
Od bardzo dawna nie myślałam o miłości. Mam wrażenie, że miłość ode mnie uciekła, jakby nie czuła się mile widziana. A jednak jeżeli przestanę myśleć o miłości, będę niczym.
Gdy nazajutrz przyszłam do "Copacabany", patrzono już na mnie z większym szacunkiem - zapewne wiele dziewcząt pojawia się tam na jeden wieczór i nie wraca nigdy więcej. Ta, która wraca, staje się kimś w rodzaju sprzymierzeńca, towarzysza podróży, bo może zrozumieć powody - a raczej brak powodów - dla których wybrało się taki sposób na życie.
Wszystkie te dziewczyny marzą o mężczyźnie, który odkryłby w nich prawdziwą kobietę, zmysłową przyjaciółkę. Ale wiedzą, że to płonne nadzieje.
Muszę pisać o miłości. Muszę myśleć, myśleć i pisać o miłości - inaczej moja dusza tego nie zniesie.



Wszyscy mężczyźni, wysocy czy niscy, pewni siebie czy nieśmiali, sympatyczni czy wyniośli, mają jedną wspólną cechę: gdy przekraczają próg "Copacabany", boją się. Bardziej doświadczeni ukrywają swój strach, zagłuszając go hałaśliwością. Ci, którzy mają zahamowania, zaczynają pić w nadziei, że alkohol pozwoli im się rozluźnić. Ale ja nie mam żadnych wątpliwości: poza nielicznymi wyjątkami - "specjalnymi klientami", których Milan mi jeszcze nie przedstawił - wszyscy się boją.
Czego się właściwie boją? Tak naprawdę to ja powinnam drżeć ze strachu. To ja wychodzę, idę w nieznane miejsce, jestem słabsza fizycznie, nie mam żadnej broni. Mężczyźni są bardzo dziwni. Nie tylko ci, którzy przychodzą do "Copacabany", lecz wszyscy, których dotychczas spotkałam. Mogą bić, krzyczeć, grozić, ale kobieta napawa ich śmiertelnym lękiem. Może nie ta, z którą się ożenili, ale zawsze jest jakaś, która przepełnia ich strachem i umie podporządkować wszystkim swoim kaprysom. Choćby ich własna matka.



Gdyby przyszło mi dzisiaj opowiedzieć komuś o moim życiu, mogłabym to zrobić w taki sposób, że uznano by mnie za kobietę niezależną, odważną i szczęśliwą. A przecież tak wcale nie jest. Nie wolno mi wymawiać jedynego słowa ważniejszego od jedenastu minut – miłość.
Przez całe życie uważałam miłość za coś w rodzaju przyzwolonego niewolnictwa. To kłamstwo: nie istnieje miłość bez wolności i na odwrót. Tylko ten, kto czuje się wolny, kocha bezgranicznie. A ten, kto kocha bezgranicznie, czuje się wolny.
Dlatego wszystko, co teraz mogę przeżywać, robić, odkrywać, nie ma sensu. Mam nadzieję, że ten czas szybko minie i będę mogła na nowo podjąć poszukiwanie samej siebie, że spotkam mężczyznę, który mnie zrozumie, przez którego nie będę cierpieć.
Ale cóż ja wypisuję za głupstwa? W miłości nie można się wzajemnie ranić, bo przecież każdy odpowiada za własne uczucia i nie ma prawa potępiać drugiego.
Czułam się zraniona, gdy traciłam mężczyzn, których kochałam. Dziś jestem przekonana, że nikt nikogo nie traci, bo nikt nikogo nie może mieć na własność.
I to jest prawdziwe przesłanie wolności: mieć najważniejszą rzecz na świecie, ale jej nie posiadać.



Dziś, gdy szliśmy brzegiem jeziora, mężczyzna, który mi towarzyszył - malarz żyjący na antypodach mojego świata - wrzucił do wody mały kamyk. Tam gdzie wpadł kamyk, na wodzie pojawiły się kręgi, które dotarły do przepływającej obok kaczki. Nie spłoszyła się, tylko zakołysała radośnie na tej nieoczekiwanej fali.
Parę godzin wcześniej weszłam do kawiarni, usłyszałam czyjś głos i to było tak, jakby Bóg wrzucił tam kamyk. Fale energii dotarły do mnie i do mężczyzny, który malował w kącie jakiś portret. On wyczuł wibracje i ja je wyczułam. Co dalej?
Malarz wie, kiedy znajduje odpowiedni model. Muzyk wie, kiedy jego instrument jest nastrojony. A ja mam świadomość, że pewnych zdań w tym pamiętniku nie napisałam ja, lecz kobieta pełna „światła”, którą jestem, ale której nie godzę się w sobie uznać.
Mogę przy tym twardo obstawać. Ale mogę również, jak ta kaczka, zabawić się i cieszyć falą, która nagle pomarszczyła taflę jeziora.
Ten kamień ma swoją nazwę: namiętność. Może to piękno spotkania dwojga ludzi, miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie tylko - także emocje, jakie wzbudza to, co nieoczekiwane, robienie czegoś z entuzjazmem, wiara, że uda się spełnić marzenia. Namiętność wysyła sygnały, jak mam pokierować swoim życiem, i muszę nauczyć się te sygnały rozszyfrowywać.
Wolałabym wierzyć, że jestem zakochana w kimś, kogo nie znam i kogo nie uwzględniałam w moich planach. W ciągu ostatnich miesięcy za wszelką cenę usiłowałam panować nad sobą, wzbraniałam się przed miłością. Odniosło to przeciwny skutek: podbił moje serce pierwszy mężczyzna, który spojrzał na mnie inaczej.
Na szczęście nie poprosiłam go o numer telefonu, nie wiem, gdzie mieszka, mogę go stracić, nie czując się winna, że przepuściłam okazję.
A nawet jeśli tak jest, jeśli już go straciłam, zyskałam jeden dzień szczęścia. Świat jest, jaki jest, i każdy dzień szczęścia graniczy niemal z cudem.



Czego ten malarz chce ode mnie? Czy nie widzi, że wszystko nas dzieli: narodowość, kultura, język? Może sądzi, że wiem więcej od niego o rozkoszy, i chce się czegoś nauczyć? Czemu powiedział: "Jestem klientem"? Mógł przecież szepnąć mi do ucha: "Tęskniłem za tobą" albo "Spędziliśmy razem cudowne popołudnie". Odpowiedziałabym w ten sam sposób (jestem profesjonalistką). Powinien był zrozumieć mój niepokój i to, że w "Copacabanie" nie jestem sobą. Powinien był pamiętać, że jestem tylko kruchą kobietą, którą łatwo zranić.
To mężczyzna. I artysta. Musi wiedzieć, że każdy pragnie miłości absolutnej, a takiej miłości nie trzeba szukać w innych, lecz w sobie. Ona drzemie w nas i tylko my możemy ją w sobie rozbudzić. Ale do tego potrzeba nam drugiego człowieka. Życie ma sens tylko wtedy, gdy mamy u swego boku kogoś, kto odwzajemnia nasze uczucia.
Ma dość seksu? Ja też - choć żadne z nas nie wie dlaczego. Pozwalamy, by umarła jedna z najważniejszych sfer naszego życia. Potrzeba mi jego pomocy, jemu potrzeba mojej, ale nie pozostawił mi żadnego wyboru.



Namiętność sprawia, że przestajemy jeść, spać, pracować. Burzy nasz spokój. Obraca wniwecz całą przeszłość.
Nikt nie lubi, kiedy jego świat rozsypuje się na kawałki. Dlatego ludzie zwykle starają się przewidzieć zagrożenie i go unikać, bo dzięki temu udaje im się podeprzeć kruchą konstrukcję, która i tak ledwo stoi. To inżynierowie minionych spraw.
Są tacy, którzy postępują inaczej: rzucają się na oślep w wir namiętności, w nadziei że ona rozwiąże wszystkie problemy. Składają na barki innych całą odpowiedzialność za własne szczęście i całą winę za ewentualne niepowodzenia. Są rozdarci między euforią, bo przydarzyło im się coś cudownego, a rozpaczą, bo jakieś niespodziewane zdarzenie wszystko zniszczyło.
Bronić się przed namiętnością, czy ślepo jej ulec? Co jest mniej niszczycielskie?
Nie wiem.



Co sprawia, że właśnie ta kobieta i właśnie ten mężczyzna chcą się do siebie zbliżyć? Co sprawia, że budzi się w nich pożądanie? To tajemnica. Kiedy ich pożądanie jest jeszcze niczym nie skalane, przeżywają każdą sekundę z namaszczeniem, w pełni świadomi, wyczekując najbardziej dogodnej chwili, by przyjąć błogosławiony dar losu.
Ci, którzy zaznali takiego pożądania "w stanie czystym", nie przyśpieszają pochopnie biegu wypadków. Wiedzą, że to, co nieuniknione, nadejdzie, że to, co stać się musi, zawsze znajdzie sposób, by zaistnieć. A kiedy ten moment nadchodzi, nie wahają się, nie tracą okazji, nie pozwalają umknąć ani jednej cudownej chwili, potrafią uszanować doniosłość każdej sekundy.



Spotkałam mężczyznę i zakochałam się w nim. Pozwoliłam sobie na to z prostego powodu: niczego od niego nie oczekuję. Wiem, że za parę miesięcy będę daleko stąd, a on stanie się tylko odległym wspomnieniem, ale nie mogłam już dłużej znieść życia bez miłości, dusiłam się.
Piszę opowiadanie dla Ralfa Harta. Nie wiem, czy przyjdzie jeszcze kiedykolwiek do "Copacabany", ale po raz pierwszy w życiu jest mi wszystko jedno. Wystarczy, że go kocham, że myślę o nim i że jego słowa, jego czułość dodają uroku temu miastu. Gdy opuszczę ten kraj, będzie on dla mnie miał konkretną twarz i imię, zabiorę ze sobą wspomnienie ognia igrającego w kominku.
Zanim wyjadę, chciałabym móc zrobić dla Ralfa to, co on uczynił dla mnie. Wiele o tym myślałam i zrozumiałam, że nie znalazłam się w tej kawiarni przez przypadek. Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy, na długo przed tym, nim spotkają się ciała. Zwykle do takich spotkań dochodzi wówczas, gdy dotykamy dna, gdy mamy ochotę umrzeć i narodzić się ponownie.
Każdy potrafi kochać, to wrodzony dar. Jednym przychodzi to spontanicznie, lecz większość z nas musi się tego ponownie nauczyć. Musimy przypomnieć sobie, jak się kocha, i wszyscy bez wyjątku spalić się w ogniu minionych namiętności, przeżyć raz jeszcze radości i udręki, wzloty i upadki, aż w końcu uda nam się dostrzec tajemniczą nić, która łączy wszystkie nasze spotkania. Wtedy ciało uczy się mówić językiem duszy - można to nazwać też seksem. I tym właśnie chciałabym obdarować mężczyznę, który przywrócił mi duszę. O to mnie poprosił i to dostanie. Chcę, by był szczęśliwy.



Cytował de Sade’a. Nigdy wprawdzie nie przeczytałam ani jednej linijki z de Sade’a, ale nieraz słyszałam o tym, że nie można poznać samego siebie, dopóki nie pozna się własnych granic. Ale czy musimy koniecznie wszystko o sobie wiedzieć? Człowiek istnieje nie tylko po to, by poszerzać granice swego poznania, lecz również po to, by uprawiać ziemię, siać, żąć, wypiekać chleb.
Są we mnie dwie kobiety. Jedna pragnie namiętności i przygód. Druga natomiast chce być niewolnicą rutyny, życia rodzinnego, drobnych spraw, które można zaplanować i wykonać. Zmagają się we mnie przykładna pani domu i prostytutka.
Spotkanie tych dwóch kobiet w jednym ciele jest bardzo ryzykowną sprawą. Bo to współistnienie dwóch boskich energii, dwóch przeciwstawnych światów i może się zdarzyć, że jeden świat zniszczy drugi.



Wczoraj wieczorem, gdy Ralf Hart patrzył na mnie, uchylił drzwi niczym złodziej. Ale wychodząc, nic mi nie zabrał. Przeciwnie, pozostawił po sobie zapach róż - to już nie był złodziej, lecz ukochany, który mnie odwiedził.
Każdy człowiek żyje własnym pożądaniem, to część jego bogactwa, i choć to uczucie powinno właściwie oddalać od ukochanej istoty, tak naprawdę przybliża. Moja dusza wybrała uczucie tak potężne, że mogę podzielić się nim z całym światem.
Każdego dnia wybieram, jaka chcę być: praktyczna, skuteczna, profesjonalna w każdym calu. Ale chciałabym móc wybrać pożądanie za towarzysza. Nie z obowiązku ani po to, by osłodzić własną samotność, ale dlatego, że to coś dobrego. Tak, coś bardzo dobrego.



Mało mnie obchodzi, czy kiedyś było to uświęcone, czy nie, nienawidzę tego, co robię. To niszczy moją duszę, sprawia, że tracę kontakt ze sobą, uczy mnie, że ból jest nagrodą, że za pieniądze można kupić wszystko, wszystko usprawiedliwić. Wokół mnie nie ma ludzi szczęśliwych. Moi klienci wiedzą, że muszą zapłacić za coś, co powinni mieć za darmo, i jest to dla nich przygnębiające. Kobiety wiedzą, że muszą sprzedawać to, co wolałyby ofiarować z radością i czułością, i jest to dla nich wyniszczające. Stoczyłam długą walkę, zanim napisałam te słowa, zanim pogodziłam się z myślą, że jestem nieszczęśliwa, niespełniona - musiałam i wciąż muszę przetrwać jeszcze parę tygodni.
Nie mogę jednak dalej postępować tak, jakby wszystko to było normalne, jakby miał to być tylko drobny epizod bez znaczenia. Chcę o tym zapomnieć. Potrzebuję miłości, tylko tyle, miłości.
Życie jest za krótkie lub za długie, bym mogła pozwolić sobie na luksus aż tak złego życia.



Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie barwnych piórach, stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach, ku radości tych, którzy obserwowali go w locie.
Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła młoda kobieta i zakochała się w nim bez pamięci. Serce jej mocno zabiło, oczy zalśniły z zachwytu, gdy patrzyła, jak z gracją szybuje po błękitnym niebie. Ptak poprosił ją, by mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii. Kobieta podziwiała, czciła, wielbiła ukochanego ptaka.
Lecz pewnego dnia pomyślała: "A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki świata?". I przestraszyła się własnych myśli. Przestraszyła się, że już nigdy nikogo tak mocno nie pokocha. I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać.
Poczuła się samotna.
"Zastawię na niego pułapkę - pomyślała. - Następnym razem, gdy się pojawi, już ode mnie nie odleci".
Ptak, który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz. Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać - stał się więźniem.
Kobieta napawała się jego widokiem. Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały: "Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!". Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana: ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała już go zdobywać, przestał ją interesować. A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz głębszym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły - a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.
Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, że ptak jest martwy. Wpadła w rozpacz i odtąd ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.
Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość świata, energia jego silnych skrzydeł.
Utraciła sens życia i śmierć zapukała do jej drzwi.
- Czemu przyszłaś? - zapytała ją udręczona kobieta.
- Abyście mogli być znów razem - odpowiedziała śmierć. - Gdybyś pozwoliła mu odlatywać i wracać, kochałabyś go i podziwiała do dzisiaj. Teraz jestem ci potrzebna, byś mogła go odnaleźć.




Powrót              Tantra